06 lipca 2013

Paulinho - diament upaprany w polskim błocie


Tę historię wszyscy już znamy. Dzisiejsza gwiazda Canarinhos, o którą biło się pół Europy, grała kiedyś w Polsce. Były ligowiec przeszedł właśnie z Corinthians do Tottenhamu za kwotę 20 mln euro, czyli jakieś pięć razy więcej niż ówczesny budżet ŁKS-u. 99,7 % kibiców dowiedziało się o krótkim pobycie Paulinho w Polsce, dopiero po debiucie w reprezentacji Brazylii, we wrześniu 2011 roku. Nowy nabytek Tottenhamu Hotspur do dzisiaj spędza sen z powiek działaczy i kibiców. Nie mieści się w głowie, że piłkarz o statusie światowej gwiazdy, błyszczący dzisiaj u boku Neymara, jeszcze nie dawno strzelił bramkę Startowi Otwock na polskim klepisku, grając m.in. z Arkadiuszem Mysoną.


Tutaj nie chodzi o to, że wypuściliśmy z Polski piłkarza, który dałby naszej lidze nie wiadomo ile. Jeśli już, pewnie trafiłby za 200 tysięcy euro do Legii, teraz grałby gdzieś w Krasnodarze - to bardzo prawdopodobny scenariusz. Bardziej zadziwia mnie fakt, że mając w Polsce talent czystej wody, pozwolono mu odejść ot tak. Nie trafia do mnie argumentacja polskich dziennikarzy, którzy znajdują usprawiedliwienie dla ówczesnego sztabu szkoleniowego. Bo kiedy Paulinho wyjeżdżał z powrotem do ojczyzny, inne polskie kluby pozwoliły mu odejść, bo kibice go nie zatrzymali. Kibice? To ŁKS miał go u siebie, trenerzy widzieli go na co dzień. Skoro już mamy pretensje do całego środowiska, uderzmy w Tottenham i trenerów Ramosa i Redknappa, bo mogli sobie wziąć piłkarza z Łodzi za free, a tak Koguty muszą dzisiaj zapłacić 20 mln euro. Czyż nie? Brazylijczyka w ŁKS-ie trenował m.in. Marek Chojnacki - dzisiaj trener Zawiszy Rzgów. Dla niewtajemniczonych: Rzgów - zadupie miejscowość w województwie łódzkim o liczbie mieszkańców niespełna 3,500 tysiąca.

Należy postawić kluczowe pytanie: dlaczego w polskim klubie nie poznano się na talencie przyszłego znakomitego piłkarza? Proste pytanie, prosta odpowiedź... Bo to Brazylijczyk, a przede wszystkim obcokrajowiec, których szczególnie w tamtym okresie u nas nie brakowało. Trudno było odróżnić kogoś rodem z zaciągu "truskawkowego" od dobrego zawodnika. Dużo bardziej od Paulinho zastanawia mnie sprawa Lewandowskiego. Bo Legia Warszawa uważana za najlepszy klub w Polsce, klub z najlepszym zapleczem nie poznała się na najlepszym polskim piłkarzu od czasów Zbigniewa Bońka, mimo tego że Lewandowski trenował nieopodal stadionu Legii, w Delcie. Ilu takich jak on gra teraz w niższych ligach kontynuując już tylko amatorsko zmarnowaną karierę?

Jose Paulo Bezzera Maciel Junior znany światu jako Paulinho, trafił do ŁKS-u z FC Wilno w lecie 2007 roku. Wcześniej grał w prowincjonalnym klubie Pao de Acucar, gdzie zaczynał przygodę z piłką. Jego transferem zajmowała się i zajmuje się do dzisiaj firma KGM Sports, która wręcz specjalizuje się w lokowaniu Brazylijczyków w różnych ligach europejskich, nawet na Litwie czy w Mołdawii. Pod egidą KGM znajdują się jeszcze m.in Sammir z Dynama Zagrzeb i Ewerton z Andży Machaczkała. Debiut w barwach ŁKS-u przypadł na dzień 15 września 2007 roku i mecz z Zagłębiem Sosnowiec. ŁKS wygrał 3:0 pod wodzą trenera Wojciecha Boreckiego - dzisiaj prezesa Podbeskidzia. Paulinho nie cieszył się zbytnim uznaniem. Wystąpił w siedemnastu meczach Ekstraklasy w sezonie 2007/2008, ale raczej były to końcówki spotkań. Zagrał jeszcze cztery mecze w Pucharze Ekstraklasy i jedno w Pucharze Polski, gdzie jak już wspominałem, strzelił bramkę Startowi Otwock. W dniu debiutu Paulinho miał dokładnie 19 lat i 52 dni.

Podejście do nowo pozyskanych piłkarzy w polskich klubach... Możemy się tylko domyślać, jakie było. Przyjechał wystraszony, cichy chłopak do obcego kraju, a tutaj kompletna amatorka. Pewnie miał potencjał już wtedy, ale nie mógł tego pokazać na łódzkim kartoflisku, wśród kolegów - amatorów, których, o zgrozo, nazywa się polskimi piłkarzami zawodowymi. Paulinho nie raz przeżywał chwile załamania w kompletnie obcym dla niego miejscu. W Otwocku ofiarą dzisiejszego kumpla Neymara padł niejaki Dawid Bułka, o którym nic nie wiem, przyznaję. Wiem tylko, że dalej gra w Otwocku. Było to największe osiągnięcie Paulinho w Polsce, bo ze składu łodzian wygryzł go pupilek miejscowego środowiska - Mladen Kascelan. Ten sam piłkarz, który dzisiaj kopie piłkę w drugoligowym Arsenalu Tuła z Rosji.

Mimo wszystko, w ŁKS-ie Łódź nie upatruję winy. Prawa do zawodnika posiadał niejaki Algimantas Breiskas, pomagający przy transferze do Europy. To po stronie litewskiej była większość praw do zawodnika. W Polsce Paulinho przebywał trochę na zasadzie wypożyczenia.

Do całej sprawy podchodzę na chłodno. Wielki piłkarz, który kiedyś grał w polskim klubie to tylko ciekawostka, którą można przytoczyć tak samo, jak osobę Rodrigo Moledo, który po odstrzeleniu przez Odrę Wodzisław znalazł angaż w Metaliście Charków. Pięć milionów euro zapłacone przez Ukraińców na wszystkich zrobiło wrażenie. W całej sprawie Paulinho i Łódzkiego Klubu Sportowego frapuje mnie jedna rzecz. W wywiadzie dla ESPN zawodnik wspomina Litwę i Polskę wręcz jako miejsce kaźni dla piłkarza. Bez infrastruktury, bez perspektyw, jak w kraju trzeciego świata. To nie jest dobra reklama dla naszej piłki, a przede wszystkim naszego kraju. Chciałbym, żeby każdy obcokrajowiec wyjeżdżający od nas z kraju nie wspominał o rasizmie i wszelakiej patologii. A o Paulinho musimy natychmiast zapomnieć, bo dzisiejsza ranga tego piłkarza to żadna nasza zasługa i medal nam się za to nie należy.

04 lipca 2013

Ekscentryk Al Fayed i jego zabawka



O właścicielach angielskich klubów zostało napisane już chyba wszystko. Splendor, bogactwo, wydawanie kasy lekką ręką na piłkarzy i przeróżne fanaberie, które są coraz to bardziej absurdalne. Zapraszam na opowieść o właścicielu, który traktuje swój klub instrumentalnie i nawet się z tym nie kryje. Kto odważyłby się postawić pod stadionem pomnik Michaela Jacksona? To jest właśnie cały Mohamed Al Fayed.

Jest rok 1997 rok. Fulham FC gra na trzecim szczeblu rozgrywek w Anglii i nie idzie im zbyt dobrze. Kadra jest przestarzała, a sam klub balansuje na granicy bankructwa. Pomocną dłoń wyciąga znany w Anglii człowiek - Egipcjanin, Mohamed Al Fayed. Zaczyna się od buńczucznych zapowiedzi. W Anglii będzie nowa potęga! Zostaniemy nowym Manchesterem United! - zapowiadał. Kibice z Craven Cottage zacierali ręce. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Po ponad 15 latach urzędowania właściciela, sam klub nie osiągnął wielkich sukcesów. Największy to awans do finału Ligi Europy w sezonie 2009/2010. To nic w porównaniu do zapowiadanych sukcesów, jednak na taki stan rzeczy poskładało się kilka faktów z ostatniego dziesięciolecia. Także, a może nawet przede wszystkim faktów z prywatnego życia Al Fayeda.


Na zapowiedziach się skończyło, ale początek był bardzo obiecujący. Kupione za 6,7 mln funtów Fulham w pięć lat dostało się do Premier League. Zapał Al Fayeda do piłki nożnej chyba się skończył. Sezon 2001/2002 pokazał, że ekipie The Cottagers do czołówki jeszcze daleko. W 2003 roku na oczach Al Fayeda Chelsea przejmował Roman Abramowicz, który już wtedy dysponował kilkakrotnie większym budżetem. Zrozumiał on chyba, że na prymat w Anglii jest chyba zbyt biedny. Swój klub zaczął wykorzystywać marketingowo. Zawsze dbał o to, aby wokół niego zrobiło się dużo szumu. - Kocham piłę nożną, nie przybyłem tu, aby zarabiać na klubie - zapewniał. 

Al Fayed nigdy nie był rozrzutny. Raczej dbał, aby klub nigdy nie popadł w niebyt i nie spadł do Championship. Najdroższy transfer to Steve Marlet (11,5 mln funtów z Olympique Lyon). Te nieco nowsze : Andy Johnson (11 mln funtów z Evertonu), Bryan Ruiz (10 mln funtów z Twente Enschede). W kwestii transferów na Fulham cieniem kładzie się transfer Edwina van der Sara do Manchesteru United za 2 mln funtów - kwotę wręcz śmieszną, biorąc pod uwagę jeszcze 6 lat gry Holendra na światowym poziomie na Old Trafford. Obecnie kadra Fulham to średniacy, wśród których są wybitne jednostki z niezłym CV. Berbatov, Stekelenburg czy Amorebieta.

Przez lata Fulham nie zbliżył się do innych londyńskich klubów - Tottenhamu czy Arsenalu. Skazani na środek tabeli, ewentualnie od czasu do czasu zakręcili się koło miejsca dającego awans do Pucharu UEFA, a później Ligi Europy. Nawet w pamiętnym sezonie, kiedy udało się osiągnąć finał, nadal pamiętano, że wtedy Fulham dostało się do europejskich pucharów tylko dzięki klasyfikacji Fair Play. Droga do finału wiodła m.in przez Wilno i rosyjski Perm. Al Fayed nigdy później nie sugerował, że ma aspiracie sięgające Ligi Mistrzów. Taki stan rzeczy jak dzisiaj bardzo mu odpowiada.


Właściciel Fulham to nie jest kryształowa postać, raczej jest ulubieńcem brytyjskich bulwarówek. Jako właściciel wielkiego i luksusowego domu towarowego -  Harrods, potrafił zwolnić pracownika, bo był ciemnoskóry. Zatrudniał blondynki, bo ma do nich słabość, czasami wciskał im do stanika banknoty o wysokim nominale - taki obraz przedstawiają media. Al Fayed często oskarżany jest o ksenofobię. Podobno średnia długość pracy wynosiła wtedy trzy miesiące. W maju 2010 Al Fayed sprzedał Harrodsa katarskiej spółce Qatar Investment Authority za bagatela 1,5 mld funtów. Pieniędzmi podzielił się z bratem - Alim Al Fayedem - współwłaścicielem Harrodsa.

Mohamed Al Fayed to wpływowy biznesmen, który w Wielkiej Brytanii mieszka od wielu lat. Wielkim ułatwieniem, a także punktem honoru dla niego jest posiadanie brytyjskiego obywatelstwa. Nie doczekał się, mimo tego że pierwsza aplikacja o obywatelstwo została złożona w 1993 roku. Egipcjanin próbował jeszcze wielokrotnie, ale bezskutecznie. Głównym argumentem brytyjskich urzędników był fakt, że petent oskarżony był o uprzedzenia rasistowskie, przywłaszczanie dużych sum pieniędzy i korupcję, do której się przyznał. Chodziło o przekupywanie polityków, którzy ułatwiali mu prowadzenie interesów. Al Fayed odpowiada, że to on oddał trenera Kevina Keegena reprezentacji Anglii. Oskarżał też brytyjskie służby specjalne o zabójstwo księżnej Diany i jego syna - Dodiego. Według niego zabójstwo zleciła rodzina królewska, która miała nie akceptować, aby księżna związała się z Arabem. Paryski wypadek z 1997 roku miał być ukartowany. W Harrodsie nakazał postawić pomnik z napisem "Niewinne ofiary".


Al Fayed najprawdopodobniej kupno Fulham traktował jako inwestycję, dzięki której miał dostać upragnione obywatelstwo. - Mieszkam tu od lat, płacę miliony funtów podatku, a oni nie chcą dać mi obywatelstwa, które mi się należy? - grzmiał. Nie udało mu się do dzisiaj. Pozwolenia na odejście Keegena używał jako koronnego argumentu. Jak na zagranicznego właściciela był bardzo cierpliwy w stosunku do trenerów. Zwalniał ich średnio co 1,5 roku. Martin Jol, Roy Hodgson, Mark Hughes, Jean Tigana, Karl-Heins Riedle - nazwiska bardzo zacne. Al Fayed nienawidził ludzi, którzy odchodzili, bo mieli atrakcyjniejsze oferty z innych klubów. Jedną z takich osób był trener Roy Hodgson. Po sezonie, w którym dotarł z Fulham do finału Ligi Europy, odszedł do Liverpoolu.  Rozzłoszczony Al Fayed wykrakał wtedy, że Liverpool pod wodzą Hodgsona na pewno będzie grał gorzej niż dotychczas. Sprawdziło się, bo Liverpool pod wodzą dzisiejszego selekcjonera reprezentacji Anglii znacznie obniżył loty. Druga taka osoba to Mark Hughes, który odszedł do Manchesteru City. - Odchodzę, bo chcę się dalej rozwijać. Zostawiłem w klubie solidne podstawy. - powiedział. Dał w ten sposób do zrozumienia wszystkim, że praca w Fulham nie jest perspektywiczna. Akurat z Hughes'em właściciel Fulham wiązał duże nadzieje, nawet przebąkiwał coś o mistrzostwie Anglii po wspaniałym początku sezonu. 


Fulham Londyn to w Anglii klub niezbyt lubiany. Ludzie w Europie myślą, że to kibice Chelsea FC są "arystokratami", podczas kiedy kibole Chelsea to w większości niziny społeczne. To na Craven Cottage zasiadają tzw. pikniki - jak to w Polsce zdarza się mówić. Kibice Fulham jako bogacze są wyszydzani przez resztę ligi. Do historii przejdą zwroty wyśpiewywane w kierunku kibiców The Cottagers - Does your butler Knows you are here? (czy wasz służący wie, że tu jesteście?) Albo - You drink only white wine (pijecie tylko białe wino.) Kulturalnie prawda?

29 czerwca 2013

El chico de oro - Isco



Kiedy Abdullah bin Nasser Al Thani zaczął wycofywać się z Malagi, wydawało się, że to już koniec. Koniec klubu w Primera Division, koniec z bajecznym składem. Symbolem rozpadu drużyny stało się odejście Santiago Cazorli do Arsenalu Londyn za pieniądze dużo mniejsze od kwoty odstępnego. Pogrążony w kryzysie klub miał już się nie podnieść, a tymczasem pojawiły się nowe gwiazdy, jak choćby Isco. Przyroda nie znosi próżni.

Francisco Roman Alarcon Suarez znany bardziej jako po prostu Isco urodził się 21 kwietnia 1992 roku w hiszpańskiej miejscowości Banalmadena, gdzie rozpoczął treningi w miejscowym klubie Atletico Benamiel. W Hiszpanii zaczęła rodzić się znakomita generacja piłkarzy, więc ciężko było się przebić. Isco przez krótki okres czasu trenował z Polakiem - Adrianem Wójcikiem (rocznk 1994), który dzisiaj gra w juniorach Betisu Sevilla. Isco jako młody piłkarz nie imponował warunkami fizycznymi. Do drugiej drużyny Valencii CF trafił "hurtem" wraz z innymi piłkarzami Atletico. To właśnie w pobliżu Estiadio Mestalla uczył się piłkarskiego rzemiosła. Pierwotnie włączono go do pierwszej drużyny, lecz potem zdegradowano do Valencii B.

W Valencii zaczęto poznawać się na jego talencie, ale bardzo duża konkurencja nie dawała możliwości częstej gry. Isco większość swoich spotkań w barwach Valencii CF rozegrał w Copa del Rey. Dobrymi występami w rezerwach Valencii zwrócił na siebie uwagę Malagi CF, dopiero co zakupionej przez nowego właściciela z Bliskiego Wschodu. Transfer z 2011 roku nowy klub kosztował 6 mln euro, co wtedy było sumą wręcz śmieszną. Isco przybył na La Rosaleda jako bardzo obiecujący piłkarz, lecz tylko zmiennik Santi Cazorli.

Isco już w sezonie 2011/2012 poczynał sobie bardzo dobrze w barwach Boquerones - był trzecim strzelcem klubu i wtedy zaczęto wróżyć mu świetlaną przyszłość. Kryzys Malagi okazał się dla niego błogosławieństwem, gdyż po odejściu Cazorli to w nim upatrywano nowego dowódcę gry ofensywnej, choć miał dopiero 20 lat. Trener Manuel Pellegrini nie miał wyjścia i zaczął stawiać na młodą gwiazdę. Wielką szansą dla klubu był awans do Ligi Mistrzów. Wygrany dwumecz z Panathinaikosem dał nadzieję, że uda się  zatrzymać chociaż część zawodników i przynajmniej uniknąć wielkiego krachu finansowego.

18 września 2012 roku - to tego dnia cała Europa usłyszała o Isco i nie tylko. Do Hiszpanii przybył dumny Zenit Sankt Petersburg, który wydawał dziesiątki milionów euro na lewo i prawo. Malaga jako bankrut miała być tylko dostarczycielem punktów, a tymczasem Ruscy dostali wielki łomot. Wynik (3:0)  był sensacją i zapowiedzią ogromnego sukcesu. Isco jeszcze w barwach Valencii CF zaliczył dwa małe epizody w Lidze Mistrzów, tymczasem z Zenitem strzelił gola już w 3. minucie meczu. Na 2:0 wynik podwyższył Javier Saviola, a w końcówce bramkę numer 3 zdobył Isco, dobijając zszokowanych rywali. Gwiazda młodzieżowej reprezentacji Hiszpanii błyszczała także w lidze. Znakiem rozpoznawczym piłkarza były fenomenalne, nieprawdopodobne wręcz asysty. W listopadzie został wybrany odkryciem roku w Primera Division. 22 grudnia strzelił bramkę Realowi Madryt w wygranym (3:2) meczu. Dzień wcześniej wręczono mu nagrodę Golden Boy (Złoty Chłopiec) dla najlepszego zawodnika młodego pokolenia grającego w Europie. Było to głosowanie 30 dziennikarzy z najpoważniejszych gazet Starego Kontynentu. - Jestem wniebowzięty. To coś cudownego. Kiedy patrzę, kto dostawał tą nagrodę w przeszłości, dostaję gęsiej skórki. To same wybitne nazwiska jak Messi. To będzie dla mnie bodziec, żeby zostać prawdziwą gwiazdą jak moi poprzednicy - mówił dumny zwycięzca po ogłoszeniu wyników.


Lionel Messi to w życiu młodego Hiszpana bardzo ważna postać, wzór do naśladowania. Codziennie biega z Messim po ogródku... ale z psem - labradorem, którego nazwał właśnie na cześć argentyńskiej gwiazdy futbolu. Samego Isco często porównuje się do innego piłkarza FC Barcelony - Andresa Iniesty. Tak jak on - ma szybkość, drybling i skłonność do strzelania goli. W Hiszpanii Isco uważany jest za naturalnego następcę Iniesty w reprezentacji Hiszpanii. Vicente del Bosque otwarcie przyznaje, że wierzy w Isco w kontekście nadchodzącego mundialu w Brazylii, ale na dzień dzisiejszy w jego drużynie jest zbyt duża konkurencja, żeby mógł regularnie w niej grać. W reprezentacjach juniorskich sięgnął po brązowy medal MŚ U-17 w 2009 roku  i tytuł mistrza Europy U-21 w roku bieżącym.

Wspólnie z kolegami dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Kibice w Hiszpanii zgodnie podkreślają, że to młody Isco był architektem sukcesów Malagi. Już w zimie wpłynęła oferta opiewająca na 16 mln euro, którą  Malaga wyśmiała. Pół roku później odchodzi do Realu Madryt za 27 mln euro, mimo dużego zainteresowania Manchesteru City i trenera Manuela Pellegriniego, który dopiero co objął angielską ekipę. Isco od najmłodszych lat deklarował się jako "antimadritista" i fan Messiego, więc wybór może dziwić.



W Realu Madryt piłkarz jest elementem "hiszpanizacji". Florentino Perez wyszedł z założenia, że zasilenie składu młodymi Hiszpanami daje nadzieje na rychłe sukcesy, świetlaną przyszłość i zmianę image Realu, który nieco podupadł pod wodzą Jose Mourinho.

Isco wypada życzyć wszystkiego najlepszego. Napisanie tego artykułu było dla mnie czystą przyjemnością.

                                          Kamil Rogólski
  

19 czerwca 2013

Menadżerska mafia

Telenowela, o ładnie brzmiącym tytule, „Transfer Lewandowskiego” trwa w najlepsze już od kilku dobrych miesięcy.

Odcinek 23 – „Alex Ferguson zapisał nazwisko polskiej gwiazdy w notesie!”
Odcinek 56 – „Uli Hoeness przeznacza miliony ze szwajcarskiego konta na Lewandowskiego!”
Odcinek 88 – „Arturo Vidal zmuszony szukać nowego pracodawcy. Conte kupił Lewego!”
Odcinek 137 – „Robin strzeż się, nadchodzi Polski Golleador!”
Odcinek 194 – „Szejkowie sprzedają ziemie i zbierają na Lewandowskiego!”
Odcinek 213 – „Nie możesz pokonać wroga? Spraw by był Twoim przyjacielem. Lewy jednak na Bernabeu!”
Odcinek 367 – „Kucharski wyznaje Kuźniarowi. – To jednak będzie Bayern!”
Odcinek 459 – „Borussia walczy o swoją gwiazdę i blokuje transfer do największego wroga!”

Przyznam, że z początku sam czytałem te brednie, bo kto nie chciałby przeczytać o wielkich markach, które biją się o Polaka? Ale teraz, po kilku tysiącach artykułów i zaśmieceniu całego internetu tym gównem, odechciewa się nawet spojrzeć kątem oka na zbitek liter, które w ostateczności tworzą to nazwisko. Lewandowski.

Może i Lewy ma w sobie „to coś”. Może nadawałby się do Bayernu, czy Realu.
Ale jest ktoś, kto to wszystko, całą tą karierę, rozwala już teraz. Gdy jeszcze na dobre się nie rozpoczęła.

Cezary Kucharski.

Tak… Szanowny Pan Kucharski, bo chyba tak kazałby do siebie mówić. Polski piłkarz, reprezentant Polski, poseł na sejm VII kadencji i menadżer piłkarski, via wikipedia oczywiście.

Menadżer. Dumnie brzmi. Niby licencjonowany, ale licencję w naszym kraju zawsze zdobywał ten, który miał ją zdobyć. A, że ktoś taki jak Kucharski chciał ten papierek mieć i trochę się zabawić w agenta, to cel w końcu osiągnął.

Ciekawe czy potrafi wyliczyć kwotę ekwiwalentu za wyszkolenie…
Większość agentów w Polsce, bo wyjątki się zdarzają, to niezbyt ciekawe osoby. Czasem mam wrażenie, że gdyby to było dozwolone, działaliby jak mafia.

Dajmy na to taki Kucharski.
Podpisuje wszystko co się rusza, niezależnie czy ma 10, czy 30 lat. Czy jest człowiekiem, czy myszoskoczkiem. Byleby miał choć trochę talentu i można by na nim zarobić. Choćby w cyrku.
Gdy już upoluje sobie taką ofiarę, nie odpuści zanim nie dopnie swego. We wszystkim pomaga umiejętność wciskania kitu i kilka sejmowskich pensji, za które można zawodnika zaprosić do hotelu, kupić jakieś dobre jedzenie i zaprezentować swój nowiutki zegarek oraz sportowy wóz.
Później wystarczy już tylko rzucić kontrakt na stół, włożyć chłopakowi piórko w rękę i rzucić:
- Czas na podpis!

Większość nabiera się na śpiewkę o wielkiej karierze, wiecznej sławie, milionach na koncie i tabunie kobiet czekającym przed willą nad Lazurowym Wybrzeżem. Teraz jest łatwiej, bo wyszedł strzał życia, czyli ten niczemu winny, Lewandowski.
Są jednak tacy, którzy, ku wielkiemu zdziwieniu Pana Posła, odmawiają.

Nie wiem czy Szanowny Pan Kucharski zechce wysłuchać rady od zwykłego śmiertelnika, ale mam jedną.
Jest sposób żeby skuteczność wzrosła do 100%. Wystarczy podjechać samochodem po delikwenta pod siedzibę klubu, zakneblować mu usta, włożyć do bagażnika i wywieźć gdzieś w pola. Wtedy na pewno się zgodzi.

Po co bawić się w mafię, jeśli można nią być?

16 czerwca 2013

Radamel Falcao, czyli El Tigre tylko dla przeciwników


Radamel Falcao pojawił się w Europie niemalże znikąd, Europa przyzwyczaiła się do tego, że FC Porto kupuje piłkarzy z Ameryki Południowej, więc napastnik z Kolumbii nie zwracał na siebie uwagi przy transferze. Ale nawet Portugalczycy mogli być zszokowani, jak wielkiego piłkarza udało im się ściągnąć na Stary Kontynent. Według dużej grupy ekspertów Falcao to piłkarz numer 3. po Messim i Ronaldo. Zapraszam na artykuł o piłkarzu, który jest bezlitosny dla rywali na boisku, a poza nim jest człowiekiem szlachetnym i o szczerozłotym sercu...


Radamel Falcao Garcia Zarate urodził się 10 lutego 1986 roku w małej kolumbijskiej miejscowości Santa Marta nad Morzem Karaibskim w departamencie Magdalena. Mały Radamel jak większość - zaczął grać na uliczkach miasteczka między budynkami, ale nie były to żadne slumsy. Często grał na boso i wracał z obdartymi nogami, ale jak tylko się zagoiło, czym prędzej wracał do kolegów i do ukochanej piłki. Jego ojciec Radamel Enrique Garcia swego czasu był znanym bejsbolistą - grał w klubie El Vigia w Wenezueli, ale też był piłkarzem - obrońcą, reprezentantem Kolumbii, o czym nie każdy wie. - "Syn chciał pójść w stronę baseballa, ale na szczęście wybrał futbol. Chodził do szkółki piłkarskiej El Vigia, a chłopcy z sekcji baseballa zostawali po zajęciach, żeby jeszcze trochę potrenować. Radamel do nich dołączył, chciał złapać piłkę i dostał w nos. Upadł, wszyscy zaczęli się z niego śmiać. Wrócił do domu wkurzony (z hiszp. cabreado) i poprosił, żebym nauczył go grać w baseball. Od tamtej pory równolegle z piłką nożną uprawiał baseball. Byłem zaskoczony, kiedy trener powiedział mi, że mój syn jest znakomity, bo ma refleks i jest niesamowicie szybki" - mówi ojciec piłkarza. Po jakimś czasie szanowny tatuś zmienił klub i przeprowadził się na zachód Wenezueli, gdzie mały Radamel skupił się już tylko na futbolu.

- "Ja po prostu kocham piłkę nożną, gram w nią wszystkimi zmysłami. Moi koledzy w dni wolne od szkoły szli na dyskoteki, a ja brałem piłkę i trenowałem. Nie chciałem korzystać z życia wzorem innych. Dla mnie liczyła się tylko piłka. W Argentynie byłem młodym piłkarzem i nie raz nachodziły mnie myśli, żeby się poddać, ale wytrzymałem. Nie chciałem, żeby wszystkie moje wysiłki poszły na marne" (hiszp. residuos). Ojciec miał duży wpływ na osobowość wschodzącej gwiazdy piłki. Był klasycznym przykładem sytuacji, gdzie ojciec jest wzorem dla syna. To dlatego Radamel Falcao jest dziś taki wyjątkowy. Dbał o to, żeby nigdy nie uderzyła sodówka i żeby stąpał twardo po ziemi, nigdy nie dał sobie narzucić zadania. Enrique Garcia świetnie zadbał też o zabezpieczenie finansowe swojej rodziny. Nigdy nie głodowali, było ich stać na normalne życie. - Zawsze dawałem dobry przykład mojemu synowi. Nie chodziłem pijany, zawsze postępowałem zgodnie z zasadami. Powtarzałem mu do upadłego, że futbol jest po to, żeby czerpać z niego maksimum radości i szczęścia - wspomina

Tatuś może być zadowolony. Radamel junior to dzisiaj człowiek o gołębim sercu i niezwykle skromna osobowość. - Na boisku zawsze staram się dawać z siebie wszystko. Nie jestem żadnym idolem, a już na pewno nie będę mówić, że jestem w gronie najlepszych piłkarzy świata. Cieszę się z gry w piłkę i chce się rozwijać - mówi dzisiaj Falcao. Od czterech lat ten znakomity piłkarz gra już w Europie - ani razu nie wybuchła żadna afera z alkoholem i prostytutkami w tle. Radamel jest oddanym kochającym mężem, któremu nie zabawy w głowie. Obraca się w gronie tylko najbliższych przyjaciół, nigdy kosztem treningów. Pracowitość to główna rzecz, dzięki której napastnik jest dzisiaj tak wielki. Oczywiście oprócz ogromnego pokładu talentu.

W jego życiu wiara w Boga to najważniejsza rzecz, o czym nie boi się mówić i demonstrować. - Po wygraniu Ligi Europy wszedłem do pokoju hotelowego, uklęknąłem i podziękowałem Bogu - wyznaje. - Staram się żyć zgodnie ze słowem Bożym, zamieniać je w czyn. Czytam biblię i modlę się, jestem pewien, że to pomaga mi na boisku i poza nim - dodaje. Po strzeleniu bramki w finale Ligi Europy 2011 w barwach FC Porto Falcao odsłonił napis pod koszulką - With Jesus you will never be alone (Z Jezusem nigdy nie będziesz sam.) Rok później po zwycięstwie w finale tych samych rozgrywek już w barwach Atletico Madryt miał podkoszulek z napisem - Belive. And you will see the glory of god. (Wierz, a zobaczysz chwałę Boga.) Swoją późniejszą żonę poznał w kościele w Buenos Aires, w czasach występów w River Plate. Według powtarzanej anegdoty już wtedy powiedział - >ona będzie moją żoną...<. Wybranka nazywa się Lorolei Dahiana Taron - jest Argentynką niemieckiego pochodzenia. Śpiewa i komponuje piosenki, zapewnia, że jej utwory są zainspirowane miłością do męża. Są małżeństwem od 2007 roku.

Skoro już wiemy, że Falcao jest chodzącym ideałem, skupmy się na jego karierze. Szansa na zaistnienie w poważnym futbolu pojawiła się w wieku 13 lat. Zadebiutował w Lanceros - zespole występującym wówczas w kolumbijskiej II lidze. Szybko zwrócił na siebie uwagę większych klubów. Transfer do największego klubu w Kolumbii - Milionariosu Bogota był na tyle zaszczytem, co utrapieniem, bo Falcao jako młodziutki chłopak w ogóle tam nie grał. Mimo wszystko zainteresował się nim jeszcze większy klub - argentyński River Plate, gdzie jego kariera zaczęła nabierać rozpędu. To właśnie za czasów gry w River nadano mu przydomek El Tigre. W sportowym programie argentyńskiej telewizji - "Futbol de Primera" jeden z zaproszonych ekspertów określił go mianem - El tigre de la cancha (tygrys boiska). W 2005 roku zadebiutował w lidze argentyńskiej, przez rok dzielił szatnię z Gonzalo Higuainem. W 2006 roku przytrafiła mu się straszna kontuzja - zerwanie więzadeł krzyżowych. Do tej pory uważa, że to Bóg pozwolił przezwyciężyć ten najgorszy okres w życiu. 2007 rok należał już do niego. Został liderem drużyny, pojawiła się oferta z ligi meksykańskiej w 2008 roku, konkretnie z America Cali, ale jemu marzył się transfer do Europy. Pojawiły się oferty z kilku klubów europejskich m.in. z Rosji, ale wybrał  Porto, które ma wielką reputację w tamtym regionie świata.

W Portugalii na początku był jednym z wielu, potem stał się niekwestionowaną gwiazdą ligi obok Hulka. Już wtedy pojawiły się oferty z Chelsea, Milanu. Nieoczekiwanie Falcao trafił do Madrytu, ale nie Realu, tylko Atletico. W Madrycie stał się pierwszym piłkarzem w historii, który zdobył dwa razy z rzędu Ligę Europy (wcześniej Puchar UEFA, Puchar Miast Targowych). Wiadomo było już wtedy, że to znakomity piłkarz. W 2012 roku w meczu o Superpuchar Europy strzelił Hat-Tricka w wygranym 4:1 meczu z Chelsea Londyn. Wtedy zaczęto już otwarcie mówić o rywalizacji z Leo Messim i Cristiano Ronaldo. Najbardziej zagorzali fani twierdzą wręcz, że ich ulubieniec jest najlepszy, bo ani Messi, ani Ronaldo nie powtórzyliby wyczynów Falcao w klubie dużo słabszym od Realu i Barcelony - Atletico. Falcao stał się najbardziej rasowym strzelcem, którego określa się mianem klasycznej "9". Według anegdoty zawsze schodząc z boiska, musi skierować piłkę do bramki. Podczas rozgrzewki przed  pamiętnym meczem o Superpuchar Europy z Chelsea uderzył piłkę, która poszybowała ponad bramką. Podszedł trochę bliżej, piłka otarła się o słupek. Zirytowany Radamel z całej pary uderzył z 11 metrów. To pewnie takie przyzwyczajenia pozwalają mu strzelać pięć bramek w jednym meczu Primera Division (Atletico 6:0 Deportivo). Kiedyś w River Plate strzelił siedem bramek, więc jeszcze musi próbować.

Radamel Falcao stał się ostatnio bohaterem głośnego transferu do AS Monaco. Kwota transferu wyniosła bagatela 60 mln euro. Kibice w całej Europie rzucają tezy mówiące o materializmie Kolumbijczyka. Gdyby tak było, nie przeszedłby do Atletico w 2011 roku. Falcao to dla nas wciąż zagadka. Nie gra w Lidze Mistrzów, ale jest jednym z najlepszych piłkarzy grających w Europie. Najbliższy sezon dalej nie rozwieje tej zagadki, bo będzie grał w beniaminku Ligue 1. Nie zmienia to faktu, że Falcao to człowiek szczególny, wzór dla innych młodych adeptów piłki. Nikt nie odbierze nam tej przyjemności oglądania go w akcji.







** KWOTY TRANSFERU

Milionarios >> River Plate - 425 tys. euro
River Plate>>Porto - 5,43 mln euro
Porto>>Atletico - 40 mln euro
Atletico>>Monaco - 60 mln euro



* PRZYTOCZONE WYPOWIEDZI POCHODZĄ Z AUTORYZOWANYCH WYWIADÓW PRASOWYCH



                                           Kamil Rogólski

14 czerwca 2013

Śląsk Wrocław pierwszym kandydatem do walki o utrzymanie




Między Lechem i Legią rozgrywa się wielka walka na transferowym rynku - prawdziwy wyścig zbrojeń. Oba kluby penetrują nowe rynki, ściągają świetne nazwiska (na razie to tylko nazwiska). Tymczasem Śląsk Wrocław wspomaga się 28 - letnim Albańczykiem. Coś tu chyba jest nie tak... 

Śląsk Wrocław to niekwestionowana czołówka w naszej lidze - trudno sądzić inaczej, skoro klub od trzech sezonów nie schodzi z podium ligowych zmagań, a jeden z tych właśnie sezonów kończy zdobytym drugim w historii klubu mistrzostwem Polski. Naturalną rzeczą jest to, że od tego Śląska oczekuje się czegoś więcej. Doskonale znam realia i wiem, że zarząd liczy każdy grosz, a klub jest na utrzymaniu miasta. To chyba oznacza, że czwarty sezon z podium nie jest możliwy.

Przed walką o uniknięcie kompromitacji w europejskich pucharach trener Levy nie otrzyma do swojej dyspozycji żadnych nowych nazwisk. Na liście sprzedanych są arcyważne postaci dla klubu, przecież Kowalczyk odchodzi do Wołgi jako jeden z najlepszych piłkarzy w lidze. Ćwielong odchodzi do Vfl Bochum, aby spróbować swoich sił w Niemczech. Jedyny pozytyw to przedłużenie kontraktu z Sebastianem Milą, czyli ojcem wszystkich sukcesów drużyny. Klub oddaje piłkarzy dosłownie za bezcen i strasznie nieporadnie. Tragikomiczna była sytuacja z Kowalczykiem, kiedy tuż po oficjalnym komunikacie, że obrońca przedłużył kontrakt, pojawia się informacja (również oficjalna) o transferze do Rosji. Można było w grudniu przedłużyć kontrakt z Ćwielongiem, ale pożałowano kasy, i pozwolono, żeby zawodnik odszedł.

W poprzednim sezonie Śląsk radził sobie praktycznie bez napastnika. Diaz to jakaś farsa, Voskampa w ogóle nie było. Przy transferze Holendra 2 lata temu dziwiłem się. Gościa, który strzela kilkadziesiąt bramek na zapleczu Eredevisie nie chce żaden klub nawet z dołu tabeli najwyższej klasy rozgrywkowej w Holandii. Już wszyscy wiemy dlaczego. Na dosłownie kilka meczów do Śląska przyszedł Eric Mouloungui, ale hit okazał się kitem, co nie oznacza, że Gabończyk był zupełnie bezużyteczny. Przyczynił się do awansu do finału Pucharu Polski i miejsca na podium w T-Mobile Ekstraklasie (piękna asysta przy zdobyciu jedynej bramki meczu z Pogonią Szczecin). Biorąc pod uwagę fakt, iż napastnik grał na kontrakcie porównywalnym z Młodą Ekstraklasą, wszystko wyszło in plus. Ale co dalej?

W Śląsku nie ma już żadnego z trzech napastników. Trzeci klub piłkarski w Polsce posiłkuje się 28 letnim Albańczykiem, co budzi w Polsce tylko salwy śmiechu. Nie patrzę na pochodzenie piłkarza. Niech on będzie nawet i ze Sierra Leone, ale niech ma góra 22 lata. Przy kupnie każdego piłkarza zakłada się, że uda się go sprzedać drożej w perspektywie danego czasu. Czy można zakładać, że za rok - dwa uda się sprzedać piłkarza, który dzisiaj ma 28 lat? W dodatku o bardzo wątpliwych umiejętnościach czysto piłkarskich. Sebina Plaku (mam nadzieję, że dobrze napisałem) nie byłoby w Polsce, gdyby nie trener Stanislav Levy i to w tej sytuacji mnie najbardziej martwi. Kiedy czeski trener przychodził do Śląska, bałem się, że w ślad za nim pójdą jego wynalazki ze Skanderbeu Korcza. Niestety, moje obawy okazały się słuszne. Nowy nabytek klubu zaznaczył już na wstępie, że NIE JEST TYPOWYM ŁOWCĄ GOLI, co w tej całej sytuacji wydaje się bardziej kuriozalne niż sam fakt przyjazdu do Polski piłkarza, który kilka lat temu nie dał rady w norweskim Ham Kam.

Oczywiście są jakieś pozytywy. Śląsk Wrocław i tak przez ostatnie dwa lata grał bez napastnika, a i spodziewam się też, że Plaku nie będzie zarabiał zbyt dużo w naszej lidze.

Sam klub idzie w złą stronę. Boję się, że za trzy lata klubu z Wrocławia może już nie być w Ekstraklasie, ponieważ żaden zawodnik z podstawowej "jedenastki" nie niesie za sobą jakichkolwiek nadziei na przyszłość. 


                                                                                                       Kamil Rogólski

09 czerwca 2013

Futbol w kolorze "Wściekłej Czerwieni"

W świecie koszykówki rządzi USA. Futbol także ma swoich hegemonów. „Sportem dla mas” włada Hiszpania. Dziś każdy chce być jak oni. Pierwsze miejsce w rankingu FIFA, Mistrzostwo Świata z 2010 roku, a także Mistrzostwo Europy z 2008 oraz 2012 roku. Któż pogardziłby takimi osiągnięciami?

Jest jednak jedna rzecz, bez której to wszystko nie byłoby możliwe. Szkolenie.
 

Bez nauczania młodych zawodników, nie istniałaby hiszpańska piłka. Nie byłoby Xaviego, Iniesty, Raula czy Casillasa. Nie byłoby oczywiście także Messiego…
Doskonały klimat, znakomite przygotowanie fizyczne, ośrodki treningowe na najwyższym, światowym, poziomie, kadry grające tym samym systemem co pierwsza reprezentacja. To wszystko, bez wątpienia, jest składową wszystkich sukcesów kraju z Półwyspu Iberyjskiego.
Dla mnie jednak najważniejsza jest… Mentalność.

Polska chciałaby być jak Hiszpania, chcielibyśmy wygrywać wszystko i ze wszystkimi, nawet kilka miesięcy temu PZPN podpisał z RFEF umowę o współpracy, co pozwala nam czerpać z ich systemu szkolenia. Nikt w PZPN nie zdaje sobie chyba jednak sprawy z tego, że w naszym kraju jest to nie możliwe, właśnie przez nastawienie.

Nad Wisłą każdy młody chłopak chciałby z miejsca stać się dobry jak Messi, piękny jak Ronaldo i bogaty jak Neymar. Nikt jednak nie myśli o tym ile ci zawodnicy pracowali na to co mają, ile litrów potu wylali na boisku, ile godzin spędzili po treningu podwyższając swoje umiejętności.


Dzieciaki w Hiszpanii są inne. Co prawda też rywalizują ze sobą, też chcą wygrywać i stać się najlepszymi, ale ta rywalizacja jest zdrowa. Nikt nie rzuca sobie kłód pod nogi, nikt nie podśmiewa się za plecami z kolegi z drużyny. Razem wygrywają i razem przegrywają. Wskoczą za sobą w ogień.
A w futbolu właśnie to jest najważniejsze. Jedność i oddanie drużynie. Bez tego nie da się wygrać, bez tego nie da się być najlepszym.


La Furja Roja jeszcze długo będzie górować nad resztą stawki, spoglądając z politowanie z najwyższego stopnia podium. Hiszpańskie zespoły latami będą walczyć o najwyższe cele w Champions League. Piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego przez dekady dominować będą najlepsze ligi świata.


To szybko się nie zmieni, żyjemy w czasach futbolu w kolorze „Wściekłej Czerwieni”…


08 czerwca 2013

Reprezentacja Polski rok po meczu otwarcia EURO 2012 kompromituje się w Kiszyniowie - prześwietlenie pierwszej "11"



Mecz z Mołdawią był tylko potwierdzeniem nieudacznictwa piłkarzy. Nawet trudno tu winić selekcjonera Fornalika, bo to piłkarze udowodnili, że w swoim fachu są nikim. Kretyńskie tłumaczenia już do mnie nie trafiają, a przecież trzeba czymś nakarmić głodną sukcesu świadomość zwykłych "januszy". Czy nasza drużyna, która wczoraj wyszła na Zimbru Arena w stolicy Mołdawii rzeczywiście jest taka silna?

Pora na "Podbramkowo" napisać coś o kadrze na podstawie faktów, a nie ślepej miłości. Związek kibica z kadrą przypomina patologiczną rodzinę, gdzie mąż leje żonę, ale ta i tak od niego nie odejdzie. Niestety jest jeszcze coś takiego jak patriotyzm...niestety.

Rozpamiętując przez całą noc przyczyny PORAŻKI Biało-Czerwonych, naszła mnie taka myśl, że może nasza świadomość na temat reprezentacji jest sfałszowana? Może poszczególni piłkarze nic sobą nie reprezentują?

Artur Boruc - W przypadku nieudanego występu zawsze znajduje się dla niego usprawiedliwienie. Z Irlandią zawinili obrońcy, a z Ukrainą i tak nas ratował. Boruc jest niepewny, popełnia błędy. W meczu z Mołdawią po jego fatalnym błędzie powinniśmy stracić bramkę. Ten Boruc to tylko marna podróbka wielkiego bramkarza światowej klasy z lat 2006-2008. Jeśli winimy piłkarzy z pola, też powinniśmy krytykować Boruca, bo bramkarz reprezentacji Polski już tak ma, że powinien dawać coś od siebie ponad przeciętność.

Jakub Wawrzyniak - To jest po prostu zero piłkarskiej jakości. Nawet nie wiem, czy to jest klasa krajowa. Można uznać, że jest znakomitym lewym obrońcą w Ekstraklasie, ale ja na przykład uważam, że dużo lepszy jest od niego Nhamoinesu z Zagłębia. Wawrzyniak jest za słaby na reprezentowanie kraju, a sam zawodnik z kadry nie zrezygnuje. W ofensywie nic, dośrodkować nie umie, a w defensywie daje tyle bezpieczeństwa, co pasy w pędzącym 300 km/h pod prąd samochodzie bez hamulców. Jest słabym piłkarzem i ja nie mam do niego o to pretensji. Tylko nie dziwmy się, ze zawsze na ta stronę posyłają nam po dwóch piłkarzy i nawet San Marino potrafi zrobić nam krzywdę z tej właśnie strony, gdzie jest Wawrzyniak.

Marcin Komorowski - Kolejny legijny wyrobnik wysłany do Rosji. Swoją grą w kadrze nigdy do siebie nie przekonywał, a i w Tereku Grozny przytrafiają mu się takie babole, że aż wstyd. Terek w zeszłym sezonie stracił szansę na puchary właśnie przez słabą obronę, w której grał Komorowski. On ma już prawie 30 lat. Terek Grozny z takimi pieniędzmi kupi na jego miejsce byle kogo, kto tylko się nawinie. Wczorajsza gra to był skandal, granda w biały dzień.

Artur Jędrzejczyk - Wychwalany pod niebiosa piłkarz właśnie przeszedł do FK Krasnodar. "Futboloffi znaffcy" chyba nie nauczyli się, że nasza śmieszna liga, która już w sierpniu żegna się z pucharami produkuje równie śmiesznych piłkarzy. Nic nie ujmując Jędrzejczykowi, stwierdzam, że to kolejny (podobnie jak Komorowski) wyrobnik z Legii, który trafia do Rosji. W FK Krasnodar nawet nie ma co się spodziewać awansu piłkarskiego. W meczu z Mołdawią szybcy pomocnicy mołdawscy kręcili go jak dzieciaka. Po tak słabym meczu sam bym zrezygnował z reprezentowania kraju.

Bartosz Salamon - Najlepszy polski obrońca. Najlepszy polski obrońca, który ledwo się mieści na szerokiej ławce rezerwowych Milanu. Salamon to symbol klęski polskiej piłki reprezentacyjnej. 1. Trener Fornalik stwierdził, że Salamon nie ma doświadczenia, innymi słowy jest za słaby na kadrę. Nie rozgrywa ani jednego spotkania, ale na kadrę jest już w sam raz - czyli nagle przybyło mu mnóstwo doświadczenia, a przecież w AC Milan nawet nie zadebiutował. Porażka Fornalika. 2. Salamon to znakomity przykład tego, że jeśli polski piłkarz chce coś osiągnąć, musi wyjechać jak najszybciej zagranicę, najlepiej już jako dziecko. Porażka polskiego szkolenia. 3. Salamon mimo iż młody i wg. Fornalika niedoświadczony, w dodatku nie gra w Milanie, jest zdecydowanie najlepszym polskim stoperem. Porażka polskiej obrony jako ogółu.

Eugen Polanski - Defensywny pomocnik, który jest tak kreatywny jak pudełko po jogurcie. Świetnie podaje na alibi - do najbliższego zawodnika, nie potrafi grać do przodu, w defensywie przytrafiają mu się błędy. W FSV Mainz go odstrzelili, bo woleli postawić na młodego Niemca i piłkarsko jako klub iść do przodu. Polanski odkąd gra w reprezentacji Polski - nie pokazał nic. Jest słabym piłkarzem, od tak sobie grającym w Hoffenheim, które cudem uniknęło spadku. W Bundeslidze znajdę z 25 lepszych defensywnych pomocników. Czy mamy w Polsce lepszych? Z taką ligą?

Grzegorz Krychowiak - Na początku wydawało się, że mamy polskiego Patricka Vieirę. Z każdym meczem przygasał aż w końcu popadł w zwykłą przeciętność. Jedna z wiodących postaci Reims, które do ostatniej kolejki walczyło o utrzymanie w Ligue 1. Jak słyszę, że miałby trafić do Fulham, to zbiera mi się na politowanie. Nie wiem, czy Krychowiak dałby radę nawet w Championship. Jeśli niepewnego Krychowiaka zestawimy z równie bezbarwnym Polanskim, to objawia nam się pełen obraz klęski polskiej defensywy.

Maciej Rybus - Kolejny polski skrzydłowy, który nie ma nic oprócz szybkości. Nie rozumiem zachwytów nad jego gra w Rosji. Na początku radził sobie nieźle, po czym grał od tak sobie. Potem kontuzja i domniemane zainteresowanie ze strony Dynama Moskwa. Plotka wzięła się stąd, że Piekarski, który jest jego menedżerem był przez chwilę w tym samym hotelu, co drużyna Dynama. Dwie bramki w kadrze i znikoma ilość asyst. Zagrał cztery mecze za kadencji Fornalika: 0:1 Estonia, 1:3 Ukraina, 2:0 Liechtenstein, 1:1 Mołdawia. W tych meczach nie pokazał nic jak i w pozostałych meczach reprezentacji. Forsuje go Piekarski, bo chce za niego zgarnąć kasę.

Adrian Mierzejewski - Według Szpakowskiego zabrakło mu dwóch bramek do tytułu króla strzelców ligi tureckiej. W rzeczywistości zabrakło mu dziewiętnastu, ale kto to ma wytłumaczyć staremu człowiekowi, który ma już problemy z pamięcią.  Mierzejewski jak większość zagrał dobrze tylko w debiucie. Ani nie potrafi strzelać z daleka, ani ze stałych fragmentów, nawet dobre podanie też jest problemem. Najbardziej przepłacony gracz tureckiej Superligi w ostatnich latach jest wrzodem dla działaczy Trabzonsporu. W momencie kiedy Polak przychodził do Turcji, klub był na topie, grał w Lidze Mistrzów. Teraz to zwykły średniak - 9 miejsce  w lidze. I nawet w tym średniaku Mierzejewski jest rezerwowym. Ale oczywiście reprezentant Polski pierwszego sortu. Kolejny wyrobnik, która nie potrafi dobrze nic ze swojego rzemiosła.

Jakub Błaszczykowski - Jeden z najlepszych pomocników na świecie i jednocześnie kapitan polskiej reprezentacji. Nasza drużyna jest na poziomie Łotwy, więc jeden Kuba tutaj niczego nie zdziała. Kto chociaż okazyjnie gra w piłkę, ten wie, że jeśli cała drużyna gra do niczego, to sam niczego nie zdziałasz, choćbyś szarpał za trzech i wypluwał płuca. Jedyny obok Lewandowskiego Piszczka polski piłkarz, który potrafi zrobić coś z niczego. Reszta to niestety zwykłe piłkarskie drewno i rzemieślnicy w swoim zawodzie.

Robert Lewandowski - Z nim w kadrze jest problem - wiadomo nie od dzisiaj. Nie zdziwiłbym się, gdyby podążył śladem Obraniaka i zrezygnował z gry w kadrze. "Lewy" zawsze się stara, wczoraj zaliczył piękną asystę przy bramce Błaszczykowskiego. Kryje go trzech, leją go po głowie aż w 80 minucie już słania się na nogach. Piłkę wtedy dostaje Krychowiak albo Polanski i gra w poprzek boiska. Ewentualnie Mierzejewski straci piłkę albo odda strzał grożący ludziom, którzy akurat przechodzą obok stadionu. Bardzo Lewandowskiemu współczuję. Ciekawe, co sobie myśli Klopp, gdy ogląda mecze polskiej kadry...

Jeśli przeczytałeś to, co jest powyżej, wiesz już, że wniosek nasuwa się sam. PORAŻKA już wcale nie dziwi. Błagam Cię, drogi czytelniku. Nie wierz telewizyjnym ekspertom, bo to są aktorzy, oni czytają swoją rolę. W TVP jeszcze nigdy nie usłyszałem dobitnej krytyki.

Ironią losu jest to, że dokładnie rok po meczu otwarcia EURO 2012 ponosimy PORAŻKĘ z Mołdawią i definitywnie tracimy szanse na mundial. Ostatni raz z finalistą EURO 2012 wygraliśmy 5 lat temu! Co my w ogóle chcieliśmy osiągnąć na tym turnieju?






                                            Kamil Rogólski

04 czerwca 2013

Podbeskidzie wzorem dla wszystkich


Przed rozpoczęciem rundy wiosennej powszechnie uważano, że znamy już spadkowiczów. Trudno było myśleć inaczej, skoro Podbeskidzie i GKS Bełchatów mieli po 5 punktów. 5 na 45 możliwych!  Trudnego zadania utrzymania bielszczan w Ekstraklasie podjął się trener Dariusz Kubicki. Nawet Ci, którzy życzyli powodzenia, po kryjomu pukali się w czoło.


Przed szesnastą kolejką trudno było szukać nadziei gdziekolwiek. Po rosyjskich wojażach jako II trener Sybira Nowosybirsk, Kubicki objął Podbeskidzie. Było to jeden z nielicznych poważnych kandydatów. Żaden "normalny" trener nie chciał mieć w CV spadku z ligi. Kubicki został trenerem klubu dokładnie 4 stycznia 2013 roku. Po niewielkiej rewolucji kadrowej zespół z Bielska-Białej przystąpił do walki o utrzymanie i już w pierwszej kolejce wiosny drużyna pokazała, że cel jest jeden: utrzymanie w T-Mobile Ekstraklasie. Wygrana z Jagiellonią Białystok 4:0 było chyba najefektowniejszym w krótkiej historii występów Podbeskidzia na najwyższym szczeblu rozgrywek.

Później było już gorzej - remis z Wisłą Kraków i porażka z Legią to strata czterech punktów, które miały już przesądzić o spadku Podbeskidzia. Po remisie ze Śląskiem Wrocław z drużyną pożegnał się Dariusz Kubicki. Dostał dużo bardziej atrakcyjną ofertę z Sybiru Nowosybirsk, który mógł objąć samodzielnie. Jak widać, perspektywa pracy w średniaku II ligi rosyjskiej była dużo bardziej atrakcyjna niż walka o utrzymanie w T-Mobile Ekstraklasie. Zagranica to zawsze zagranica, a i nie jest tajemnicą, że Rosjanie płacą bardzo dużo. Bilans Kubickiego w Podbeskidziu to 1 zwycięstwo, 2 remisy i 1 porażka. 5/12 możliwych punktów. Schedę po Kubickim przejął Czesław Michniewicz, który przez dłuższy czas był bez pracy. Użył stwierdzenia, że dla jego klubu teraz każdy mecz jest jak Liga Mistrzów.

Pierwsze mecze piorunujące. Od 19 do 25 kolejki Podbeskidzie pod wodza Michniewicza nie przegrało meczu. Utrzymanie było coraz bliżej, bo potykali się rywale, ale też nacierał GKS Bełchatów. Nadzieją dla Górali były przesłanki o nie przydzieleniu licencji Polonii Warszawa na grę w Ekstraklasie na przyszły sezon. Zespół, który miał zająć piętnaste miejsce, mógł cieszyć się z utrzymania. W 26 i 27 kolejce dwie porażki (z Polonią i Piastem). W szczególności mecz na Konwiktorskiej był zadrą w sercu trenera i piłkarzy, bo dwie bramki dla Polonii padły po głupich błędach obrońców z Bielska-Białej. W ostatnich trzech kolejkach sezonu 9 punktów i utrzymanie Podbeskidzia Bielsko-Biała stało się faktem! Nikt się tego nie spodziewał. Bilans Michniewicza to 6 zwycięstw, 3 remisy i 2 porażki - 21/33 punktów, bilans wprost niezwykły!

Po pierwsze, utrzymanie jest też zasługą trenera Kubickiego, który tchnął nadzieję w tą drużynę Po drugie trzeba docenić fantastyczną pracę Czesława Michniewicza, który apelował do swoich zawodników, aby nie podniecali się jednym zwycięstwem, skoro do utrzymania jeszcze długa droga.

Pierwsza "11" opierała się przede wszystkim na Piotrze Malinowskim, który był szybkim skrzydłowym, notującym dużo asyst. Drugie nazwisko to bramkarz - Richard Zajac. Może i miał wpadki, ale np. obronił karnego na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław. Pewny, nie schodził poniżej pewnego poziomu. Ale głównym bohaterem misji z serii "impossible" został Robert Demjan - sensacyjny król strzelców T-Mobile Ekstraklasy. Znakomita runda, zdobyta korona króla strzelców, mimo tylko czterech bramek strzelonych na jesieni. To dzięki niemu Podbeskidzie utrzymało się w lidze. Gwiazda Ekstraklasy, która przyszła do Polski niezauważona. Teraz przed sympatycznym Słowakiem duży transfer i to nie koniecznie do innego polskiego klubu. Napastnikiem już zainteresowały się kluby z 2.Bundesligi i ligi rosyjskiej , gdzie zarobi nieporównywalnie większe pieniądze. Warte odnotowania jest też to, że 8 bramek na koniec sezonu uzbierał Fabian Pawela. Wspaniały występ i dwa gole strzelone Lechowi w Poznaniu dały bielszczanom zwycięstwo, które okazało się decydujące.

Liczby nie kłamią. Podbeskidzie na finiszu zdetronizowało nawet ustępującego  v-ce mistrza Polski. Drużyna w rundzie wiosennej zdobyła aż 26 punktów, co dało Góralom czwarte miejsce w nieoficjalnej tabeli rundy wiosennej. Piłkarzom do końca przyświecał jeden cel. Podczas kiedy inni odpuścili, zawodnicy konsekwentnie, co weekend zgarniali punkty. Niejedni w takiej sytuacji jak Podbeskidzie już zimą szykowaliby drużynę do rozgrywek I ligi. Górale pokazali niespotykaną rzecz w naszej lidze, pokazali ogromne serce do walki i niezłomność, szczególnie w meczu z Zagłębiem Lubin u siebie. Wyszarpany punkt, mimo gry w dziesiątkę. To właśnie w takich meczach jak tamten piłkarze pokazali, że w pełni na grę w Ekstraklasie zasłużyli, nawet bardziej niż piłkarze z drużyn środka tabeli.

Finisz sezonu 2012/2013 T-Mobile Ekstraklasy ostatecznie przekonał mnie do pomysłu reformy ligi. Podział punktów wyeliminuje takiej przypadki jak Widzew czy Górnik Zabrze. To kunktatorstwo na koniec sezonu to policzek dla kibiców. Nadszedł tego kres!

                                           Kamil Rogólski

01 czerwca 2013

Young Talents: Andrade, Mayer

Nadszedł najgorszy czas dla każdego kibica, czyli zakończenie sezonu. Przez następne kilka miesięcy jedyne co będziemy mogli obejrzeć to kolejne, niekończące się opery mydlane, w których role pierwszoplanowe odgrywać będą największe gwiazdy światowej piłki, a jedynym tematem będą przenosiny zawodnika w najdalsze krańce globu.
Ja jednak zachęcam do sprawdzenia kto tą gwiazdą w najbliższych latach może się stać i kto będzie zarabiał miliony. Czas na kolejny już, Young Talents.

* * *

Ostatnio głośno o Neymarze i jego transferze do słonecznej Katalonii. Santos zarobił na brazylijskim diamencie krocie, ale nie przestaje szukać kolejnych kruszców. Tym razem może władzom nie poszczęściło się tak bardzo i nie znaleźli kolejnego kamienia szlachetnego, ale z pewnością trochę złota lub platyny udało im się zakontraktować.

Zawodnikiem, o którym mówię jest niespełna 18 letni Victor Andrade. Victor urodził się w Kraju Kawy i gra na pozycji napastnika.

Andrade jest bardzo uzdolnionym chłopakiem i niesamowicie, zarówno umiejętnościami, jak i zachowaniem, przypomina swojego byłego kolegę z szatni, Neymara. W końcu kilka lat spędzonych na patrzeniu w ten nażelowany obrazek dało efekty i teraz to Victor ma stać się nową gwiazdą Santosu.
Jedyne co różni obu grajków to szybkość i dynamika. Andrade jest zdecydowanie bardziej ociężałym i wolniejszym piłkarzem, dlatego też nie sprawia aż tak dużego problemu przeciwnikom, co jego starszy kolega.

Jednak reszta kwalifikacji zawodowych jest dokładnie taka sama.
Finezja, subtelność, wyrafinowanie, a z drugiej strony brak bojaźni i siła to coś czym Brazylijczyk wyróżnia się na tle rówieśników.
Mieszanka tych umiejętności tworzy swoisty koktajl mołotowa, co pozwala temu młokosowi rewelacyjnie kontrolować futbolówkę i znakomicie radzić sobie w pojedynkach jeden na jeden.. Z kolei nisko położony środek ciężkości pozwala mu utrzymać się na nogach nawet w starciach z najsilniejszymi obrońcami.


Kolejnym, tytułowym młodym talentem jest 17 latek, Max Mayer. Młody zawodnik urodził się w zachodnich Niemczech i obecnie reprezentuje barwy Schalke Gelsenkirchen. Maximilian gra na pozycji ofensywnego pomocnika, a co ważniejsze jest obunożny, co na starcie stawia go dwa kroki przed piłkarzami w jego wieku.
Jeśli dołożyć do tego fakt, że Max jest niesamowicie bramkostrzelnym pomocnikiem, to od razu widzimy przed sobą potencjał na gwiazdę najwyższej rangi.

Młody Niemiec w drużynie Schalke do lat 19, spędził na murawie w kończącej się kampanii 1761 minut strzelając w tym czasie 17 bramek i zaliczając dziewięć kończących podań. Daje to niesamowitą średnią jednego gola na 103 minuty oraz jedną asystę na 195 minut.
Mayer zdołał zadebiutować także w Bundeslidze. Spędził, co prawda, na boisku tylko 76 minut, ale udało mu się już raz asystować przy golu kolegi z drużyny.


Niski wzrost 17-latka (169 cm) daje mu doskonałą zwinność oraz wyborną technikę. Mimo wątłej budowy, Max znakomicie radzi sobie z, nawet kilkoma, przeciwnikami „na plecach”.