Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FC Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FC Barcelona. Pokaż wszystkie posty

05 maja 2013

Neymar, czyli nowy Bóg z Santosu


Jeśli przydarzy Ci się rozmawiać z jakimś Brazylijczykiem, nie pytaj go, kto jest najlepszym piłkarzem świata - Messi czy Ronaldo, bo on zawsze odpowie Ci, że Neymar... 
Neymar da Silva Santos Junior stał się dowodem na nieśmiertelność i potęgę brazylijskiego futbolu. Dużo ludzi go podziwia, a niewiele wie o nim cokolwiek. Zapraszam na historię o człowieku, którego pragnie cała Europa. 

 - Frustracja? Nie czuję się zawiedziony. Wiem, że przede mną jeszcze wiele lat kariery - tak odpowiedział dziennikarzowi ESPN Brasil Neymar na pytanie o odczuciach związanych z brakiem nominacji do Złotej Piłki. Na pocieszenie piłkarz dostał nagrodę brazylijskiej gazety Revista Placar dla najlepszego piłkarza brazylijskiej ligi piłkarskiej. Wcześniej to samo wyróżnienie dostawali m.in. Kaka, Zico, Robinho czy Romario, persony bardzo zacne.

"Alegra do povo", czyli radość ludzi. Neymar to "złote dziecko" dla Brazylijczyków, narodzie zakochanym w futbolu. Rodacy widzą w nim nowe wcielenie słynnego Garrinchy. Oni lubią gwiazdy, które wywodzą się z nizin społecznych. Ludzie dopatrują się podobieństwa w sztuce dryblingu, zwinności, stylu bycia. Garrinche i Neymara łączy jeszcze radość gry, taka dziecięca, niczym na podwórku spod trzepaka. W końcu jego motto brzmi: "Ousadia e alegria" (zuchwałość i radość). Geniusz dryblingu ma te słowa wszyte na butach. Właśnie zuchwałość i radość charakteryzują sposób bycia Neymara.

- Ten chłopak nie ma może jednej krótszej nogi jak Garrincha, ale to co robi z piłką jest niesamowite, on jest prawie tak dobry jak ja - stwierdził z uśmiechem Romario. Neymar jest uwielbiany przez całe środowisko piłkarskie. 21- latek nie tylko dobrze drybluje, wkręcając rywali w ziemię, którzy najchętniej zapadliby się pod ziemię ze wstydu, ale też słynie z tzw. paradinhi, czyli kombinacyjnego uderzenia z karnego. Neymar tak kombinował, że w pewnym momencie doznał kontuzji. W Brazylii mogą żałować, że FIFA zabroniła tego typu zagrań.

Neymar da Silva Santos Junior pochodzi z Mogi das Cruzes, miasta należącego do metropolii Sao Paulo. Jego rodzina nie była ani bogata, ani biedna - zwykła klasa średnia. Jego ojciec zawodowo grał w piłkę, lecz bez żadnych poważniejszych sukcesów. Neymar zaczął trenować w FC Santos jako 11- latek. Klubie z wielkiej, portowej aglomeracji. - Takich dzieciaków są u nas setki. Dopiero po dwóch latach zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z kimś niezwykłym, prawdziwą perłą - wspominał były prezydent klubu Marcelo Teixeira. Piłkarza nachwalić się nie może słynny Pele.  - Nowy Robinho? Nie! On jest lepszy - stwierdził Pele.
W pierwszej drużynie Santosu zadebiutował w 2009 roku, a już w drugim występie strzelił bramkę. Miesiąc później został bohaterem, gdy strzelił gola na wagę awansu do finału Pucharu Brazylii, w meczu z Palmeiras (2:1). W 2010 roku w tych samych rozgrywkach Santos wygrał (8:1) z Guarani. Neymar strzelił w tym meczu - uwaga - sześć goli! Po tym wyczynie Romario i Pele podpisali się pod internetową petycją, by Carlos Dunga, ówczesny trener reprezentacji Brazylii, zabrał rewelacyjnego młodziana na mundial do RPA. Trener Canarinhos nie ugiął się pod presją, a Brazylia zawiodła na całej linii. Powołania dla Neymara domagał się również Felipe Massa - brazylijska gwiazda Formuły 1. U Mano Menenzesa i Luisa Felipe Scolariego ulubieniec kibiców stał się już postacią pierwszoplanową. W seniorskiej reprezentacji Brazylii strzelił 20 bramek, mimo bardzo młodego wieku i ogromnej konkurencji w napadzie. W 2011 roku doprowadził Santos do triumfu w Copa Libertadores, pierwszego od 1963 roku, czyli wtedy, kiedy klubową gwiazdą był Pele.

Jednak porównań Neymara do Pelego raczej się unika. Nawet sam zawodnik mówi, że Pele był jeden, jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Częstsze są porównania do słynnego Garrinchy, który lubił futbol równie mocno jak zabawę, podobnie, jak teraz Neymar. Garrincha miał mnóstwo kochanek, romansów, nieślubnych dzieci... Prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, potrącił własnego ojca. W 1983 roku umierał w samotności na marskość wątroby, spowodowaną wieloletnim nadużywaniem alkoholu. Fani Neymara obruszają się na takie postawienie sprawy, choć wiadomo, że on też ma swoje grzeszki. Ponad dwa lata temu po meczu Santos - Gremio (2:1), kamery przemysłowe zarejestrowały jak piłkarz wchodzi do hotelu w towarzystwie kilku prostytutek. Santos stanął murem za swoją gwiazdą. - Nie wiem, kto to wszystko wymyśla, ale jeśli myśli, że w ten sposób popsuje nam chłopaka, to jest w grubym błędzie - grzmiał Luis Alvaro de Oliveira Ribeiro, prezes Santos FC. Faktem jest, że piłkarz nie potrzebuje kupować miłości. Do młodego piłkarza codziennie przychodzą setki listów od zakochanych po uszy fanek. Trzy z nich wysłały do niego list miłosny...o kilometrowej długości. Zdjęcie wielkiego rulonu Neymar umieścił na swoim profilu na Twitterze, mającym ponad 2,5 mln stałych czytelników! Plotek o jego wybrykach jest tak dużo, że ciężko wszystkie zweryfikować. Wydaje się, że Neymar dojrzał, kiedy został ojcem. Synek Davi Lucca jest owocem przelotnego romansu, Neymar nie ujawnił nazwiska matki. Imię synka ma wytatuowane na prawym przedramieniu. Na boisku słynie z nieco komicznych numerów. Zapłacił 6000 tysięcy euro kary za nazwanie sędziego złodziejem. Po strzeleniu bramki na 3:0 w meczu z Colo Colo w Copa Libertadores, założył maskę z własną podobizną, za co zobaczył drugą żółtą kartkę i wyleciał z
boiska.

Numery Neymara nie odstraszają największych klubów w Europie. Wymienianie nazw nie ma najmniejszego sensu, bo chcą go dosłownie wszyscy. Oczywiście Ci, których stać. - To mój wymarzony piłkarz. Gdyby tylko klub było stać, wydałbym na niego wszystkie pieniądze choćby jutro - powiedział Arsene Wenger. Nie jest tajemnicą, że na czele wyścigu po Neymara jest FC Barcelona i Real Madryt. Zewsząd dochodzą różne informacje. Dani Alves mówi, że jego młodszy kolega z reprezentacji woli Barcelonę, a Marcelo twierdzi, że jednak Real. Potencjalny nabywca będzie musiał zapłacić około 80 mln euro, bo na tyle Santos wycenia swoją wielką gwiazdę. "Marca", "AS", "Mundo Deportivo" i inne wszelkie gazety w Hiszpanii, co chwilę informują o porozumieniu z Santosem jednego, bądź drugiego klubu, po czym rewelacje te dementują. Prezes Santosu porównał Florentino Pereza do konkwistadora, człowieka, który myśli, że może sobie przyjechać i zabrać co tylko chce. Prezes Ribeiro stwierdził to w dzienniku "O Estado de Sao Paulo". Najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Neymar trafia do FC Barcelony po mundialu w Brazylii 2014. Prezes straszy jeszcze swojego zawodnika, mówiąc, że w Europie każą mu zlikwidować jego bujną fryzurę. 

Samemu zainteresowanemu nie śpieszy się do wyjazdu, bo mówiąc delikatnie - z głodu nie umiera. Oprócz klubowych pieniędzy, na jego konto spływa jeszcze kasa z umów sponsorskich, które gwarantują mu ponad 4 mln euro rocznie. W sklepach w całym kraju pojawiły się... repliki Neymara.  Nawet nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że są one naturalnych rozmiarów. W jednym ze sklepów w Sao Paulo doszło do napadu, ale zamiast drogiego sprzętu elektronicznego, złodzieje wykradli mierzącą 174 cm figurę ich idola. Neymarowi część pieniędzy z kontraktu z klubem płaci bank BMG.
Brazylijskie talenty już nie pchają się do Europy jak kiedyś. W Brazylii płaci im się sowite wynagrodzenie, wszak Brazylia jest według szacunków siódmą gospodarką świata i najszybciej rozwijającą się gospodarką obok Rosji, Indii i Chin. Ostatnio Brazylijczykom w Europie się nie powodzi. Robinho gra słabo w Milanie, Pato był cały czas kontuzjowany i wrócił z Milanu do Brazylii. W finale Klubowych Mistrzostw Świata 2011 Santos FC grał z Barceloną w finale. Mecz zapowiadano jako wielki pojedynek Neymara z Messim. Neymar był tylko cieniem dla Argentyńczyka i jego kolegów, Barcelona wygrała 4:0. W brazylijskiej Serie A Neymar ma dużo miejsca na swoje popisy, sędziowie dbają, aby nie zrobiono mu krzywdy. Dziennikarze zaślepieni jego talentem zapytają go... czy czuje się Bogiem? - Nie, nie jestem nim. Jeszcze... odpowiada spokojnie.


>Działacze Santosu nie śpieszą się z jego sprzedażą, nie tylko z obawy o utratę gwiazdy. Chodzi tu o to, że część pieniędzy z ewentualnego transferu trafi na konto firmy D.I.S, która jest właścicielem sieci popularnych w Sao Paulo supermarketów. W 2008 roku kupili od prezydenta Santosu, Marcelo Teixeiry, prawa do 25% wartości kilku młodych piłkarzy m.in. Neymara. Zapłacili za to śmieszną sumę około 1,3 mln euro. Władze klubu chciały zerwać bardzo niekorzystną umowę, ale brazylijski sąd uznał, że w świetle prawa umowa jest legalna i klub musi się z niej wywiązać.<       

03 maja 2013

Hiszpania na kolanach. Wembley będzie niemieckie

Obiecałem trzy grosze o półfinałach, to właśnie są. Żadne meczowe relacje - kto zagrał świetnie, a kto strzelił ładne bramki. W końcu, była to prawie końcowa faza Ligi Mistrzów, którą każdy widział. Stwierdzam więc z góry, że to bez sensu. Żadnych relacji. Zamiast tego, utożsamię się w tym momencie z polskim "Januszem" i opowiem o swoich racjach, a jak mawia klasyk w filmie "Dzień Świra", moja racja jest najmojsza.



Właściwie to miałem napisać po pierwszych meczach, ale po co robić coś dwa razy? Poczekałem na rewanże. Obejrzałem w sumie trzy i pół, z czterech, bo po pierwszej połowie meczu Barcelony z Bayernem, na Camp Nou, stwierdziłem, że 45 minut można spożytkować lepiej. Ponadto, poczułem się śpiący. Nie mówiąc już o rozczarowaniu. Obejrzałem odcinek LOST, gdyż to w sumie ciekawiło mnie bardziej (dobry serial, polecam). Żółto-biały półfinał był całkiem inny, mimo wysokiego zwycięstwa Borussii w pierwszym spotkaniu, w drugim, paznokcie obgryzali nawet ci, którzy zwykle tego nie robią.


Kuba pisał o sezonowcach, wyjaśniając, że paradoksalnie są oni potrzebni. Między innymi po to, aby prześcigali się w lajkach na facebooku, które miały pomóc ich ukochanej drużynie.
"5-0 - 5 tys. lajków, wierzymy!!!". W końcu Bayern stracił w całej lidze 14 bramek, więc odrobienie strat było tak prawdopodobne, jak uśmiercenie w filmie Stevena Seagala. Chciałbym zobaczyć wszystkie twarze tych małych chłopców po meczu puszczanym na TVP1.
"Jak to, przecież Barcelona nie przegrywa, nigdy". Minuta ciszy w szkołach podstawowych i gimnazjach. Albo siedem minut. Dwie bramki z pierwszego meczu zostały przez Bayern zdobyte nieprawidłowo, jednak to nie umniejsza ich sukcesu. W rewanżu, spodziewałem się ze strony podopiecznych Vilanovy: szybkiej gry, mnóstwa strzałów na bramkę, chęci, choćby spróbowania nawiązania walki, tymczasem spotkanie zostało oddane walkowerem, nawet wynik się zgadza. Gol Pique był podsumowaniem tego dwumeczu. Złośliwi internauci znaleźli Dumie Katalonii nowych sponsorów: 7up oraz 7days. Modny jest też żart, jak Robben pyta Messiego - ile dni ma tydzień? Mnie osobiście raczej mało śmieszy, ale fani Bayernu sikają ze śmiechu.


Barcelona dostała lanie jak przeciwnicy drużyny Typowego Seby i Matiego na podwórku.
Michał Okoński poruszył temat przemijania. Zdecydowanie, zgadzam się. Umarł król, niech żyje król? Zobaczymy czy tak będzie. Barca od kilku lat była najlepsza, każdy marzył o jej zdetronizowaniu, jednak ich level był nieosiągalny. Zdarzały się pojedyncze przypadki klęsk, ale spowodowane ogromnym szczęściem przeciwnika katalońskiej drużyny. Taka Chelsea miała farta jak cholera, a to właśnie przez te lata było potrzebne do pokonania Barcy i jej tiki-taki. Mi osobiście od tiki-taki, bardziej imponował zakładany przez nich pressing, w momencie straty natychmiastowe naciskanie na rywala, praca zaczynała się od napastników. W środę, przez 45 minut tego nie widziałem, kompletnie. Zupełna bezradność. Narodził się chyba nowy gigant - Bayern Monachium, a właściwie chyba obudził.
Mają zakontraktowanego jeszcze najlepszego trenera świata. Wspaniały kolektyw. Możemy być świadkami zmiany warty. Teraz Bawarczycy będą nie do pokonania.


Real za to, zagrał ambitnie, z sercem, zaangażowaniem, determinacją. Prawie nawet awansował.
O czterech bramkach Lewandowskiego w pierwszym meczu naczytaliście się już mnóstwo, to dopowiem tylko tak: Robert to światowej klasy napastnik. Nie bójmy się o tym mówić, nie miejmy kompleksu polaczkości - niższości. To nasz nie może być dobry?  Przeczytałem gdzieś nawet LewanGOALski. Fajne, kupuję to. Przyznaję, że Real mnie zaskoczył. Przypominał serwala z afrykańskiej sawanny. To takie zwierzę podobne do geparda, ale użyłem go w porównaniu, bo ma fajniejsze uszy. Szkoda sytuacji, było ich naprawdę sporo. Ozil czy Ronaldo powinni dać prowadzenie Królewskim już w pierwszej połowie. Należy docenić klasę Borussii Dortmund - grali z Realem cztery razy: raz wygrali, raz zremisowali, raz upokorzyli, a raz zwycięsko przegrali. Bilans znakomity.



Mamy trzech Polaków w finale! Ostatnim, gdzie Polak odegrał wielką rolę, był Stambuł 2005 i Dudek dance, wielki comeback Liverpoolu, prawdopodobnie najlepszy finał w historii finałów. A największy bohater - właśnie Polak, nasz Jurek. Odtąd imię Jerzy nabrało innego znaczenia i przestało być kojarzone z Jurkiem z Klanu. Przekonamy się czy 25 maja czy trio z Dortmundu zapisze się w kartach historii jako pogromcy wielkiego Bayernu. Oby tylko drużyna Heynkesa nie zagrała do jednej bramki, tego się trochę obawiam... że Borussia jest jednak za słaba. Pozostają 22 dni. Proponuję odliczać.


21 kwietnia 2013

Alfredo Di Stefano, czyli bohater i zdrajca w jednym

Kiedy pada pytanie o najlepszego piłkarza w historii futbolu, zawsze pierwsza myśl to wybór pomiędzy Pele i Maradoną. Teraz wydaje się, że Messi pogodził dwóch wspaniałych piłkarzy sprzed lat, rozwiązał jeden z największych sporów w historii piłki nożnej. Dziwię się, dlaczego ludzie zapominają o wielkich nazwiskach z lat 50-60 XX wieku. Dlaczego ludzie zapominają o Masopuscie (554 bramki dla Dukli Praga), Puskasie (w sumie 504 bramki dla Kispestu, Honvedu i Realu Madryt). Znawca piłki powinien znać również historię futbolu. Postanowiłem, że przyjrzę się karierze jednego z najlepszych piłkarzy w historii.

Alfredo Di Stefano miał pseudonim "blond strzała". Grał on najpierw w River Plate (1943-1949), a potem w kolumbijskim Milionariosie Bogota. Czasy były takie, że w Europie trwał wyścig zbrojeń, jeśli chodzi o futbol. Wiele drużyn chciało zbudować potęgę, która zdominuje resztę drużyn. Coraz jaśniej klarowała się kwestia powstania rozgrywek, które zrzeszyłyby cały kontynent. Były to również czasy bez jakichś szerokich mediów. Teraz wielkie kluby europejskie monitorują nawet najniższe ligi w Ameryce Południowej, aby dostrzec ten wielki talent. W latach 40 i 50 XX wieku oczywiście wyglądało to inaczej. Latynosi uznawani byli za wspaniałych piłkarzy. - długonodzy, ciemnoskórzy ludzie, którzy z piłką robią cuda - takie słowa zawarte są we wszelkich piłkarskich kronikach. Problem polegał na tym, że ciężko było namówić takiego kogoś do przenosin do obcego kontynentu, obcego kraju.

Di Stefano w Kolumbii strzelał gole seryjnie. Wspaniała technika połączona z umiejętnością oddania wręcz atomowego strzału. W Europie rozpoczął się wyścig po wspaniałego napastnika. Na czele wyścigu była FC Barcelona i Real Madryt. Mówiono też o Benfice Lizbona, ale Portugalczycy jeszcze wtedy nie mieli możliwości, żeby mieć kogoś takiego. Argentyńczyk zdecydował się na FC Barcelonę. Katalończycy umowę podpisali z River Plate, umowę uprawomocniła także FIFA. Barcelona przelała na konto argentyńskiego klubu dwa miliony peset. Real nie mógł się z tym pogodzić. Legendarna postać Królewskich - Santiago Bernabeu postanowił udać się do Kolumbii, aby przekonać się, że jeszcze nie wszystko stracone. Milionariosowi zaproponował trzy miliony peset. Di Stefano oczarował Bernabeu, kiedy Milionarios przyjechał na mecz pokazowy do Hiszpanii. Pomiędzy River Plate i Milionarios wybuchł spór. Kwestia prawa do zawodnika praktycznie nie została rozstrzygnięta do dzisiaj. W Europie konflikt powstał pomiędzy Realem i Barceloną. Klubami, które i tak już wtedy się nienawidziły. Gra Di Stefano dla jednego, bądź drugiego klubu stała się punktem honoru obu klubów.

Piłkarz do Europy dotarł 13 maja 1953 roku. Z dwóch miast wybrał Madryt. Sprawa trafiła do siedziby hiszpańskiej federacji, która zarządziła, że Di Stefano będzie grał dwa lata w Realu Madryt, a potem dwa lata w FC Barcelonie. Kataloński klub od razu zgłosił protest wobec decyzji federacji, tymczasem Di Stefano zadebiutował w ekipie z Madrytu.

W pierwszych meczach grał wprost beznadziejnie. Hiszpańska "Marca" określiła go mianem partacza ( z hiszpańskiego chapucero). Dziwiono się, dlaczego dwa wielkie kluby kłóciły się o tak marnego piłkarza. Barcelona zaczęła wycofywać się z transferu, sądząc, że oddała najgorszemu wrogowi zgniłe jajko. Do sprawy włączył się fan Realu Madryt - generał Franco, który naciskał na federację, żeby zarządziła o przynależności Di Stefano do Realu Madryt. Barcelona nie miała ochoty walczyć z wiatrakami i oddała piłkarza bez większego żalu.

Dwa dni później Real grał z Barceloną i wygrał 5:0. Di Stefano nagle przypomniał sobie, jak się kopie piłkę. Strzelił w tym meczu trzy bramki. Blancos pękali z dumy, a Katalończycy czerwienili się z upokorzenia.

W klubowym muzeum w Madrycie znajduje się woskowa rzeźba, która upamiętnia podpisanie kontraktu z Argentyńczykiem. Bernabeu jakby zamyślony, skupiony, a obok stoi Di Stefano. Młodzieniec wydaje się podzielać myśli prezesa. W muzeum znajduje się również kontrakt podpisany przez zawodnika, w którym zawarte są zapisy o godnym reprezentowaniu klubu, utrzymywaniu najwyższej formy. Słabość w pierwszych meczach była pewnie efektem przyzwolenia Bernabeu. Zarobki są zamazane. Pewnie konkretne liczby zna garstka osób związana z klubem. 

Di Stefano w latach 1956-1964 wystąpił w siedmiu finałach Pucharu Europy, w których strzelił łącznie siedem bramek. Dla Królewskich wywalczył pięć Pucharów Europy. Wygrywał plebiscyt "France Football" na najlepszego piłkarza Europy w 1957 i 1959 roku. 

Kwestia gry w reprezentacji budzi wielkie kontrowersje, otóż Di Stefano reprezentował w swojej karierze trzy kraje - Argentynę (6/6) , Kolumbię (4/0 i Hiszpanię (31/23). Podczas gry w River Plate reprezentował Argentynę, po przenosinach do Bogoty reprezentował Kolumbię. Tamtejsza federacja była zawieszona przez FIFA, więc czterech meczów rozegranych w kolumbijskich barwach nie uznaje się za oficjalne. Pewnie Di Stefano uznał, że nie zdradzi ojczyzny, skoro mecze i tak będą nieoficjalne. Po przenosinach do Hiszpanii zaczął grać w tamtejszej reprezentacji, co już chyba można nazwać zdradą. To tylko podkreśla wielobarwność znakomitego piłkarza. "Farbowany lis" - jak to niektórzy mówią. 

Piłkarz rodem z Argentyny stał się żywą legendą największego klubu XX wieku. Nawet będąc już na piłkarskiej emeryturze nie przestał otrzymywać nagród. "France Football" uznał go najlepszym piłkarzem w historii, FIFA wybrała go do "jedenastki" wszech czasów. Zbierał pochwały od całego środowiska piłkarskiego - piłkarzy, trenerów, kibiców. - Powiem wam, co zdominowało jego życie, zwykła chęć bycia najlepszym - powiedział swego czasu Ferenc Puskas - równie wielka legenda piłki.  

06 marca 2013

W katalońskiej bramce: Kto zastąpi Valdesa?


Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Od wielu lat solidnym punktem FC Barcelony jest urodzony w 1982 roku Victor Valdes. Rodowity Katalończyk golkiperem został z przymusu. Swoją piłkarską karierę zaczynał jako piłkarz typowo ofensywny, dopiero w trakcie szkolenia (w akademii Barcelony i szkółce Tenerife) został ustawiony między słupkami (co zresztą średnio mu się spodobało). I choć mierzącemu 183 cm. wzrostu golkiperowi nie wróżono wielkiej kariery, to wielokrotnie zaskoczył ekspertów i obecnie należy do światowej bramkarskiej czołówki. Od sezonu 2003/2004 Victor Valdes regularnie występuje w barwach Dumy Katalonii. 

Bycie bramkarzem w FC Barcelonie jest jednak zadaniem raczej nudnym, ponieważ rzadko kiedy ma się dużo pracy. W skupieniu należy oglądać tiki-takę w wykonaniu Blaugrany i interweniować tylko w kluczowych momentach spotkania. Oczywiście czasami trzeba rozegrać mecz przeciwko Realowi Madryt albo jakiejś zagranicznej drużynie w Lidze Mistrzów. Jednak dzieje się to od święta i też trudno  jest wtedy udowodnić swoją bramkarską klasę. Szczególnie, że rywale FC Barcelony najczęściej decydują się na murowanie swojej połowy i grę z kontry. Po 350-tym spotkaniu robi się trochę nudno... W dodatku trzeba prowadzić zdrowy tryb życia oraz jeździć służbowym samochodem (przyjazd na trening Ferrari nie jest czymś mile widzianym).

Victor Valdes w Hiszpanii jest od dawna golkiperem numer dwa albo trzy. Podobno Katalończyk nie jest gorszy od Ikera Casillasa, ale od dekady nie może tego udowodnić. 31-letni Valdes trzykrotnie  wygrał Champions League, wielokrotnie zdobywał Mistrzostwo Hiszpanii i krajowe puchary. Czuje się jednak zawodnikiem niespełnionym. W swoim CV wpisane ma Mistrzostwo Świata oraz Mistrzostwo Europy, to w sukcesach reprezentacji udział miał raczej mały. Siedział tylko na ławce rezerwowych. 

W reprezentacji Hiszpanii Victor Valdes (po lewej) i Pepe Reina z ławki obserwują poczynania legendarnego Ikera Casillasa (w środku).


Nie chcąc pozostać na wieki wieków w cieniu legendy Ikera Casillasa, Victor Valdes musiał podjąć decyzję trudną i ryzykowną. Z punktu widzenia fanów Barcelony - niezrozumiałą. Zdaniem innych - niesłychanie ryzykowną. Kataloński bramkarz podjął decyzję o odejściu z Blaugrany. Wiadomo już, że Valdes nie przedłuży wygasającego w czerwcu 2014 kontraktu. Chce zasmakować rywalizacji w innej lidze. I poprzez dobrą grę, zastąpić Casillasa w bramce reprezentacji Hiszpanii. Jego agenci poinformowali, że zawodnik chciałby opuścić Camp Nou już w lecie 2013 roku. 

Dla katalońskiego klubu jest to informacja z jednej strony smutna, a z drugiej... wartościowa. Valdes zachował się fair i jego drużyna już teraz rozgląda się za jego zastępcą. Kandydatów jest sporo, ale trzeba będzie znaleźć kogoś pasującego do katalońskiej drużyny.

1. Jose Manuel "Pepe" Reina

Urodzony w 1982 roku Pepe Reina to faworyt niektórych piłkarzy Barcelony. Nie jest to nic dziwnego, bowiem golkiper Liverpool'u to wychowanek Blaugrany i... poprzednik Victora Valdesa. W latach 2000-2002 Reina wystąpił w 30 spotkaniach "Dumy Katalonii", skąd oddany został do Villarrealu. Od 2005 roku mierzący 188 cm. wzrostu "Pepe" występuje w Liverpool'u. Na początku swojej przygody w barwach "The Reds" prezentował się znakomicie, ale gra co najwyżej średnio. W latach 2006-2008 trzykrotnie wybierany był najlepszym bramkarzem Premier League. Było to jednak pół dekady temu. 


Nielubiany w Londynie Rafa Benitez (z lewej) oraz całkiem lubiany w Liverpool'u Pepe Reina


2. Marc-Andre Ter Stegen

Faworyt mediów. Urodzony w 1992 roku niemiecki golkiper jest piłkarzem podobnym do Valdesa (dobry technicznie, mierzy 185 cm. wzrostu), ale nie należy jeszcze do światowej czołówki. Ter Stegen to jeden z najlepszych niemieckich bramkarzy, lecz brak mu ogrania na najwyższym poziomie. Nie jest powiedziane, że Ter Stegen jest w stanie zastąpić Valdesa (moim zdaniem - nie). Młodemu bramkarzowi nie ufa również sztab szkoleniowy reprezentacji Niemiec. W jej pierwszym składzie wystawiony został tuż przed Euro 2012. Drużyna naszych zachodnich sąsiadów uległa w meczu towarzyskim Szwajcarii aż 3:5. Golkiper Gladbach bardzo szybko powędrował na ławkę rezerwowych kadry.

W Hiszpanii raczej z rezerwą podchodzi się do niemieckich bramkarzy. Wszyscy pamiętają bowiem casus Timo Hildebranda, który zawalił Valencii sezon 2007-8. Hildebrand przyszedł do klubu ze stolicy Lewantu jako gwiazda Bundesligi. Po serii katastrofalnych występów, musiał czym prędzej uciekać na z góry upatrzone pozycje. Obecnie całkiem nieźle radzi sobie w Schalke.


Utalentowany Marc-Andre Ter Stegen

3. Jose Manuel Pinto.

Serce FC Barcelony. Jako rezerwowy często czynnie uczestniczy w boiskowych wydarzeniach i "łapie" czerwone kartki. Urodzony w 1975 roku Jose Pinto w drużynie z Katalonii pełni rolę psychologa i ma wielu przyjaciół. Hiszpan zawsze wspiera kolegów, cały czas ma coś do powiedzenia. Nie przeszkadza mu rola rezerwowego, ale... z pewnością chciałby grać więcej. Mierzący 185 centymetrów wzrostu golkiper występuje w katalońskiej bramce od święta i nie prezentuje się najlepiej. Jednak kiedy w przeszłości (przed 2008 rokiem) zaliczał się do grona solidnych golkiperów La Liga, to oceniany był pozytywnie. Regularne występy w pierwszym składzie potrafią czasami czynić cuda. Jose Pinto następcą Valdesa? Tylko jako tymczasowe rozwiązanie.


Powszechnie w Katalonii lubiany Jose Pinto (po prawej) i Zlatan Ibrahimovic.


4. Thibaut Courtois

Wymysł mediów. Courtois wspaniale prezentuje się w barwach Atletico Madrid, ale do drużyny ze stolicy Hiszpanii jest tylko wypożyczony z Chelsea FC. W klubie Romana Abramowicza w bardziej lub mniej odległej przyszłości urodzony w 1992 roku Belg ma zastąpić Petra Cecha (który coraz częściej widywany jest w gabinetach lekarskich). Nie po to Coutois został sprowadzony za 9 milionów euro z KRC Genk, żeby odejść do Barcelony. 

Thibaut to całkiem niezły bramkarz, ale Valdesa zdecydowanie nie przypomina. Mierzy 199 centymetrów wzrostu i jest golkiperem w stylu Petra Cecha. Valdes w Barcelonie pełni funkcję bramkarza-libero. Courtois to golkiper, który najlepiej czuje się we własnym polu karnym. Dominuje w powietrzu, ale gorzej od "V-V" gra nogami. Jego podania do najcelniejszych nie należą (szczególnie te dalekie).




5. Wychowanek. 

Być może FC Barcelona da wkrótce szansę jakiemuś obiecującemu młodemu bramkarzowi. W końcu drużyna z Katalonii wielokrotnie stawiała na wychowanków swojej legendarnej akademii. Bramkarzami drużyny "B" są: prawie 24-letni Oier Olazabal (1 występ w pierwszej drużynie) oraz jego rówieśnik Jordi Masip. To golkiperzy już doświadczeni, ukształtowani piłkarsko. Być może otrzymają od sztabu szkoleniowego pierwszego zespołu szansę. 




FC Barcelona to drużyna powszechnie znana i lubiana. Zespół z Katalonii często odnosi sukcesy i przy okazji zarabia sporo pieniędzy. Nie wykluczamy więc kupna przez drużynę Tito Vilanovy golkipera o światowej klasy reputacji. Kogoś, kto nie figuruje na naszej liście (opartej na doniesieniach prasowych). Na świecie jest wielu bramkarzy, którzy by się nad ofertą z Barcelony pochylili. Być może już niedługo pojawią się plotki o możliwym transferze do Katalonii takich zawodników, jak: Gianluigi Buffon, Petr Cech, David de Gea, Fernando Muslera, Volkan Demirel, Salvatore Sirigu czy Vicente Guaita. W polskich mediach na pewno pojawi się coś o chęci pozyskania przez FC Barcelonę Wojciecha Szczęsnego. Ten temat powraca co jakiś czas, ale... jeszcze kilka lat temu na Camp Nou przeprowadzić miał się Artur Boruc. Podobno...


Lansowani przez polskie media następcy Messiego i Valdesa.



 M.W.








21 lutego 2013

Mediolan znów nieszczęśliwy dla Barcelony. Milan kopiuje Inter.


Tym razem nie było żadnego wybuchu wulkanu. Piłkarze Barcelony przyjechali do Włoch wypoczęci, nawet można powiedzieć "wyluzowani". W lidze idzie im świetnie, forma ma być niedługo jeszcze lepsza. I do tego na boisko piłkarze drużyny z Katalonii wyszli praktycznie w optymalnym składzie. A na przeciw nich odmłodzony Milan, bez największej gwiazdy - Mario Balotellego, który w barwach Rossoneri zagrać tym sezonie w LM nie może. Większość ekspertów, obserwatorów, dziennikarzy, kibiców i wszystkich innych nie dawała gospodarzom cienia szans. I za to lubimy piłkę, że nie zawsze górą są faworyci.

Pytany niedawno przeze mnie redaktor Piotr Olejnik z Blaugrana.pl, przewidywał:

- Nie wyobrażam sobie innego scenariusza niż gładki rozstrzelanie w 1/8 finału przeciętnej drużyny, jaką w tej chwili jest AC Milan - tak mówił w wywiadzie dla Podbramkowo.

Jasne, że wspomniany redaktor jest fanem "Dumy Katalonii" i inaczej powiedzieć nie mógł. Serce by nie pozwoliło. Ale także obiektywni miłośnicy futbolu mieli wrażenie tego wieczora, że ciekawego spektaklu to nie zobaczymy. I psioczyli na TVP, że "znów ta Barca, która kolejnego rywala zmiażdży".

A jak było? Zacznijmy od tego, że mecz rozgrywany na San Siro nie był jakimś spektaklem niezwykle wysokich lotów. W pierwszej połowie wiało trochę nudą, a najciekawsze były wpadki niezawodnego Szpakowskiego. "Jordi Albiego, Botęk, el Szałari" - kogo to dzisiaj nie było na murawie. Pierwsze 45 minut trochę rozczarowało, jak na fazę 1/8 Champions League. W drugiej połowie nie było może aż tak dużo lepiej, ale padły bramki. I to - uwaga - nie w tę stronę, w którą można było się spodziewać.

Mario Balotelli szalał ze szczęścia gdy jego koledzy trafiali. Konkretnie Boateng i Muntari. Reprezentant Włoch radował się po każdym ciosie gospodarzy, czego kamery telewizyjne nie mogły nie dostrzec.
Milan zwyciężył 2:0. Gdyby przekazać komuś ten suchy wynik, pewnie każdy zrobiłby wielkie oczy. A gdyby jeszcze powiedzieć, że zwycięska ekipa wcale nie zaprezentowala "futbolu z innej planety" by zatrzymać Barcelonę, to już w ogóle niebywałe. Ale tak było. To nie był w wykonaniu gospodarzy, jak mawia Mateusz Borek, "zupełnie inny poziom". Ale na grającą dziś wyjątkowo ospale i niedokładnie "Dumę Katalonii" starczyło. A znów błąd popełnił Dani Alves, gdyż w kontrataku nie zdążył pokryć przeciwnika (zobaczcie sobie bramkę Costy w meczu Valencia - Barcelona, też Brazylijczyk krył "na radar").

Gracze Milanu mieli sporo szczęścia w akcjach ofensywnych (przy pierwszej bramce spore zamieszanie i bramka trochę przypadkowa). Ale głównie mądrze się bronili całym zespołem, nawet El Shaarawy wracał na swoją obronę, by odebrać piłkę. Grał tak ofiarnie w defensywie, jak niegdyś Samuel Eto. Też przeciwko Barcelonie, tylko na jej boisku w pamiętnym spotkaniu, po którym to Inter wyeliminował Blaugranę z Ligi Mistrzów w sezonie 2009/2010.

Czy piłkarze Milanu są w stanie pójść w ślady Nerazzurri i wyrzucić wielkiego rywala z Champions League? Zobaczymy. Faktem jest, że uzyskali dziś wynik nawet lepszy, niż wtedy Inter w pierwszym meczu. Wówczas podopieczni Jose Mourinho wygrali 3:1. Milan dziś 2:0, a nie stracić ani jednej bramki, to ważna rzecz w kontekście rewanżu. Co musi się stać, by drużyna Massimiliano Allegriego zdołała przejść do ćwierćfinału Ligi Mistrzów? Wydaje się, że jeszcze sporo, bo czy Barcelona może zagrać w europejskich pucharach dwa tak słabe mecze z rzędu?


Dziś nie była sobą. Zupełnie nie szło jej konstruowanie akcji. Zbyt czytelne, zbyt wolne, za bardzo środkiem się pchała. Murawa była nie ta? Za zimno? Milan grał konsekwentnie w obronie, to trzeba przyznać. Ale też goście rzadko kiedy wrzucali wyższy bieg, nawet nie wypróbowali do końca, jak mocna była dziś defensywa gospodarzy. Bramkarz ekipy Allegriego nie miał mało pracy. "Duma Katalonii" grał tak, jakby czekała, że rywale się położą. Jasne, że Milan zrobił wiele, by dziś wygrać. Choćby zagęszczał środek pola w sposób heroiczny, uniemożliwiał rywalowi grę taką, jaką on kocha, słynną tiki-takę. Ale Barca mogła też na wiele innych sposobów spróbować ograć Milan, choćby skrzydłami, choćby strzałami z daleka - jednak tego nie próbowała. Myślała może, że przeciwnicy przestaną w końcu biegać, albo zaczną panikować na widok Messiego i spółki. Argentyńczyk też był mało widoczny. On miewa takie mecze, ostatnio np z Valencią w lidze, ale rzadko na takim poziomie, w takiej fazie, jak 1/8 LM. A może goście zlekceważyli Milan?

Paradoks polega na tym, że faworytem w rewanżu jest chyba wciąż drużyna wczoraj przegrana. Choć powiedziałbym, że takowego nie ma - szanse są po 50%. Barcelona u siebie potrafi każdego zdemolować. Ale tym razem będzie musiała się wyjątkowo napocić, bo jednak wyciągnąć z 0:2, to nie będzie bułka z masłem. Włoskiej drużynie wystarczy jedna bramka, a wtedy do szczęścia będzie już bardzo blisko. Dlatego tak ważny będzie początek meczu - czy ekipa z Mediolanu zatrzyma huraganowe ataki Hiszpanów, czy też rozpocznie się szybkie odrabianie strat. Ale to dopiero 12 marca, gdy odbędzie się rewanż na Camp Nou.

Dziś chwile szczęścia przeżywają kibice Rossonerich. Chyba sami się nie spodziewali, że ten wieczór może być dla nich tak piękny.