Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Real Madryt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Real Madryt. Pokaż wszystkie posty

05 maja 2013

Neymar, czyli nowy Bóg z Santosu


Jeśli przydarzy Ci się rozmawiać z jakimś Brazylijczykiem, nie pytaj go, kto jest najlepszym piłkarzem świata - Messi czy Ronaldo, bo on zawsze odpowie Ci, że Neymar... 
Neymar da Silva Santos Junior stał się dowodem na nieśmiertelność i potęgę brazylijskiego futbolu. Dużo ludzi go podziwia, a niewiele wie o nim cokolwiek. Zapraszam na historię o człowieku, którego pragnie cała Europa. 

 - Frustracja? Nie czuję się zawiedziony. Wiem, że przede mną jeszcze wiele lat kariery - tak odpowiedział dziennikarzowi ESPN Brasil Neymar na pytanie o odczuciach związanych z brakiem nominacji do Złotej Piłki. Na pocieszenie piłkarz dostał nagrodę brazylijskiej gazety Revista Placar dla najlepszego piłkarza brazylijskiej ligi piłkarskiej. Wcześniej to samo wyróżnienie dostawali m.in. Kaka, Zico, Robinho czy Romario, persony bardzo zacne.

"Alegra do povo", czyli radość ludzi. Neymar to "złote dziecko" dla Brazylijczyków, narodzie zakochanym w futbolu. Rodacy widzą w nim nowe wcielenie słynnego Garrinchy. Oni lubią gwiazdy, które wywodzą się z nizin społecznych. Ludzie dopatrują się podobieństwa w sztuce dryblingu, zwinności, stylu bycia. Garrinche i Neymara łączy jeszcze radość gry, taka dziecięca, niczym na podwórku spod trzepaka. W końcu jego motto brzmi: "Ousadia e alegria" (zuchwałość i radość). Geniusz dryblingu ma te słowa wszyte na butach. Właśnie zuchwałość i radość charakteryzują sposób bycia Neymara.

- Ten chłopak nie ma może jednej krótszej nogi jak Garrincha, ale to co robi z piłką jest niesamowite, on jest prawie tak dobry jak ja - stwierdził z uśmiechem Romario. Neymar jest uwielbiany przez całe środowisko piłkarskie. 21- latek nie tylko dobrze drybluje, wkręcając rywali w ziemię, którzy najchętniej zapadliby się pod ziemię ze wstydu, ale też słynie z tzw. paradinhi, czyli kombinacyjnego uderzenia z karnego. Neymar tak kombinował, że w pewnym momencie doznał kontuzji. W Brazylii mogą żałować, że FIFA zabroniła tego typu zagrań.

Neymar da Silva Santos Junior pochodzi z Mogi das Cruzes, miasta należącego do metropolii Sao Paulo. Jego rodzina nie była ani bogata, ani biedna - zwykła klasa średnia. Jego ojciec zawodowo grał w piłkę, lecz bez żadnych poważniejszych sukcesów. Neymar zaczął trenować w FC Santos jako 11- latek. Klubie z wielkiej, portowej aglomeracji. - Takich dzieciaków są u nas setki. Dopiero po dwóch latach zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z kimś niezwykłym, prawdziwą perłą - wspominał były prezydent klubu Marcelo Teixeira. Piłkarza nachwalić się nie może słynny Pele.  - Nowy Robinho? Nie! On jest lepszy - stwierdził Pele.
W pierwszej drużynie Santosu zadebiutował w 2009 roku, a już w drugim występie strzelił bramkę. Miesiąc później został bohaterem, gdy strzelił gola na wagę awansu do finału Pucharu Brazylii, w meczu z Palmeiras (2:1). W 2010 roku w tych samych rozgrywkach Santos wygrał (8:1) z Guarani. Neymar strzelił w tym meczu - uwaga - sześć goli! Po tym wyczynie Romario i Pele podpisali się pod internetową petycją, by Carlos Dunga, ówczesny trener reprezentacji Brazylii, zabrał rewelacyjnego młodziana na mundial do RPA. Trener Canarinhos nie ugiął się pod presją, a Brazylia zawiodła na całej linii. Powołania dla Neymara domagał się również Felipe Massa - brazylijska gwiazda Formuły 1. U Mano Menenzesa i Luisa Felipe Scolariego ulubieniec kibiców stał się już postacią pierwszoplanową. W seniorskiej reprezentacji Brazylii strzelił 20 bramek, mimo bardzo młodego wieku i ogromnej konkurencji w napadzie. W 2011 roku doprowadził Santos do triumfu w Copa Libertadores, pierwszego od 1963 roku, czyli wtedy, kiedy klubową gwiazdą był Pele.

Jednak porównań Neymara do Pelego raczej się unika. Nawet sam zawodnik mówi, że Pele był jeden, jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Częstsze są porównania do słynnego Garrinchy, który lubił futbol równie mocno jak zabawę, podobnie, jak teraz Neymar. Garrincha miał mnóstwo kochanek, romansów, nieślubnych dzieci... Prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, potrącił własnego ojca. W 1983 roku umierał w samotności na marskość wątroby, spowodowaną wieloletnim nadużywaniem alkoholu. Fani Neymara obruszają się na takie postawienie sprawy, choć wiadomo, że on też ma swoje grzeszki. Ponad dwa lata temu po meczu Santos - Gremio (2:1), kamery przemysłowe zarejestrowały jak piłkarz wchodzi do hotelu w towarzystwie kilku prostytutek. Santos stanął murem za swoją gwiazdą. - Nie wiem, kto to wszystko wymyśla, ale jeśli myśli, że w ten sposób popsuje nam chłopaka, to jest w grubym błędzie - grzmiał Luis Alvaro de Oliveira Ribeiro, prezes Santos FC. Faktem jest, że piłkarz nie potrzebuje kupować miłości. Do młodego piłkarza codziennie przychodzą setki listów od zakochanych po uszy fanek. Trzy z nich wysłały do niego list miłosny...o kilometrowej długości. Zdjęcie wielkiego rulonu Neymar umieścił na swoim profilu na Twitterze, mającym ponad 2,5 mln stałych czytelników! Plotek o jego wybrykach jest tak dużo, że ciężko wszystkie zweryfikować. Wydaje się, że Neymar dojrzał, kiedy został ojcem. Synek Davi Lucca jest owocem przelotnego romansu, Neymar nie ujawnił nazwiska matki. Imię synka ma wytatuowane na prawym przedramieniu. Na boisku słynie z nieco komicznych numerów. Zapłacił 6000 tysięcy euro kary za nazwanie sędziego złodziejem. Po strzeleniu bramki na 3:0 w meczu z Colo Colo w Copa Libertadores, założył maskę z własną podobizną, za co zobaczył drugą żółtą kartkę i wyleciał z
boiska.

Numery Neymara nie odstraszają największych klubów w Europie. Wymienianie nazw nie ma najmniejszego sensu, bo chcą go dosłownie wszyscy. Oczywiście Ci, których stać. - To mój wymarzony piłkarz. Gdyby tylko klub było stać, wydałbym na niego wszystkie pieniądze choćby jutro - powiedział Arsene Wenger. Nie jest tajemnicą, że na czele wyścigu po Neymara jest FC Barcelona i Real Madryt. Zewsząd dochodzą różne informacje. Dani Alves mówi, że jego młodszy kolega z reprezentacji woli Barcelonę, a Marcelo twierdzi, że jednak Real. Potencjalny nabywca będzie musiał zapłacić około 80 mln euro, bo na tyle Santos wycenia swoją wielką gwiazdę. "Marca", "AS", "Mundo Deportivo" i inne wszelkie gazety w Hiszpanii, co chwilę informują o porozumieniu z Santosem jednego, bądź drugiego klubu, po czym rewelacje te dementują. Prezes Santosu porównał Florentino Pereza do konkwistadora, człowieka, który myśli, że może sobie przyjechać i zabrać co tylko chce. Prezes Ribeiro stwierdził to w dzienniku "O Estado de Sao Paulo". Najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Neymar trafia do FC Barcelony po mundialu w Brazylii 2014. Prezes straszy jeszcze swojego zawodnika, mówiąc, że w Europie każą mu zlikwidować jego bujną fryzurę. 

Samemu zainteresowanemu nie śpieszy się do wyjazdu, bo mówiąc delikatnie - z głodu nie umiera. Oprócz klubowych pieniędzy, na jego konto spływa jeszcze kasa z umów sponsorskich, które gwarantują mu ponad 4 mln euro rocznie. W sklepach w całym kraju pojawiły się... repliki Neymara.  Nawet nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że są one naturalnych rozmiarów. W jednym ze sklepów w Sao Paulo doszło do napadu, ale zamiast drogiego sprzętu elektronicznego, złodzieje wykradli mierzącą 174 cm figurę ich idola. Neymarowi część pieniędzy z kontraktu z klubem płaci bank BMG.
Brazylijskie talenty już nie pchają się do Europy jak kiedyś. W Brazylii płaci im się sowite wynagrodzenie, wszak Brazylia jest według szacunków siódmą gospodarką świata i najszybciej rozwijającą się gospodarką obok Rosji, Indii i Chin. Ostatnio Brazylijczykom w Europie się nie powodzi. Robinho gra słabo w Milanie, Pato był cały czas kontuzjowany i wrócił z Milanu do Brazylii. W finale Klubowych Mistrzostw Świata 2011 Santos FC grał z Barceloną w finale. Mecz zapowiadano jako wielki pojedynek Neymara z Messim. Neymar był tylko cieniem dla Argentyńczyka i jego kolegów, Barcelona wygrała 4:0. W brazylijskiej Serie A Neymar ma dużo miejsca na swoje popisy, sędziowie dbają, aby nie zrobiono mu krzywdy. Dziennikarze zaślepieni jego talentem zapytają go... czy czuje się Bogiem? - Nie, nie jestem nim. Jeszcze... odpowiada spokojnie.


>Działacze Santosu nie śpieszą się z jego sprzedażą, nie tylko z obawy o utratę gwiazdy. Chodzi tu o to, że część pieniędzy z ewentualnego transferu trafi na konto firmy D.I.S, która jest właścicielem sieci popularnych w Sao Paulo supermarketów. W 2008 roku kupili od prezydenta Santosu, Marcelo Teixeiry, prawa do 25% wartości kilku młodych piłkarzy m.in. Neymara. Zapłacili za to śmieszną sumę około 1,3 mln euro. Władze klubu chciały zerwać bardzo niekorzystną umowę, ale brazylijski sąd uznał, że w świetle prawa umowa jest legalna i klub musi się z niej wywiązać.<       

03 maja 2013

Hiszpania na kolanach. Wembley będzie niemieckie

Obiecałem trzy grosze o półfinałach, to właśnie są. Żadne meczowe relacje - kto zagrał świetnie, a kto strzelił ładne bramki. W końcu, była to prawie końcowa faza Ligi Mistrzów, którą każdy widział. Stwierdzam więc z góry, że to bez sensu. Żadnych relacji. Zamiast tego, utożsamię się w tym momencie z polskim "Januszem" i opowiem o swoich racjach, a jak mawia klasyk w filmie "Dzień Świra", moja racja jest najmojsza.



Właściwie to miałem napisać po pierwszych meczach, ale po co robić coś dwa razy? Poczekałem na rewanże. Obejrzałem w sumie trzy i pół, z czterech, bo po pierwszej połowie meczu Barcelony z Bayernem, na Camp Nou, stwierdziłem, że 45 minut można spożytkować lepiej. Ponadto, poczułem się śpiący. Nie mówiąc już o rozczarowaniu. Obejrzałem odcinek LOST, gdyż to w sumie ciekawiło mnie bardziej (dobry serial, polecam). Żółto-biały półfinał był całkiem inny, mimo wysokiego zwycięstwa Borussii w pierwszym spotkaniu, w drugim, paznokcie obgryzali nawet ci, którzy zwykle tego nie robią.


Kuba pisał o sezonowcach, wyjaśniając, że paradoksalnie są oni potrzebni. Między innymi po to, aby prześcigali się w lajkach na facebooku, które miały pomóc ich ukochanej drużynie.
"5-0 - 5 tys. lajków, wierzymy!!!". W końcu Bayern stracił w całej lidze 14 bramek, więc odrobienie strat było tak prawdopodobne, jak uśmiercenie w filmie Stevena Seagala. Chciałbym zobaczyć wszystkie twarze tych małych chłopców po meczu puszczanym na TVP1.
"Jak to, przecież Barcelona nie przegrywa, nigdy". Minuta ciszy w szkołach podstawowych i gimnazjach. Albo siedem minut. Dwie bramki z pierwszego meczu zostały przez Bayern zdobyte nieprawidłowo, jednak to nie umniejsza ich sukcesu. W rewanżu, spodziewałem się ze strony podopiecznych Vilanovy: szybkiej gry, mnóstwa strzałów na bramkę, chęci, choćby spróbowania nawiązania walki, tymczasem spotkanie zostało oddane walkowerem, nawet wynik się zgadza. Gol Pique był podsumowaniem tego dwumeczu. Złośliwi internauci znaleźli Dumie Katalonii nowych sponsorów: 7up oraz 7days. Modny jest też żart, jak Robben pyta Messiego - ile dni ma tydzień? Mnie osobiście raczej mało śmieszy, ale fani Bayernu sikają ze śmiechu.


Barcelona dostała lanie jak przeciwnicy drużyny Typowego Seby i Matiego na podwórku.
Michał Okoński poruszył temat przemijania. Zdecydowanie, zgadzam się. Umarł król, niech żyje król? Zobaczymy czy tak będzie. Barca od kilku lat była najlepsza, każdy marzył o jej zdetronizowaniu, jednak ich level był nieosiągalny. Zdarzały się pojedyncze przypadki klęsk, ale spowodowane ogromnym szczęściem przeciwnika katalońskiej drużyny. Taka Chelsea miała farta jak cholera, a to właśnie przez te lata było potrzebne do pokonania Barcy i jej tiki-taki. Mi osobiście od tiki-taki, bardziej imponował zakładany przez nich pressing, w momencie straty natychmiastowe naciskanie na rywala, praca zaczynała się od napastników. W środę, przez 45 minut tego nie widziałem, kompletnie. Zupełna bezradność. Narodził się chyba nowy gigant - Bayern Monachium, a właściwie chyba obudził.
Mają zakontraktowanego jeszcze najlepszego trenera świata. Wspaniały kolektyw. Możemy być świadkami zmiany warty. Teraz Bawarczycy będą nie do pokonania.


Real za to, zagrał ambitnie, z sercem, zaangażowaniem, determinacją. Prawie nawet awansował.
O czterech bramkach Lewandowskiego w pierwszym meczu naczytaliście się już mnóstwo, to dopowiem tylko tak: Robert to światowej klasy napastnik. Nie bójmy się o tym mówić, nie miejmy kompleksu polaczkości - niższości. To nasz nie może być dobry?  Przeczytałem gdzieś nawet LewanGOALski. Fajne, kupuję to. Przyznaję, że Real mnie zaskoczył. Przypominał serwala z afrykańskiej sawanny. To takie zwierzę podobne do geparda, ale użyłem go w porównaniu, bo ma fajniejsze uszy. Szkoda sytuacji, było ich naprawdę sporo. Ozil czy Ronaldo powinni dać prowadzenie Królewskim już w pierwszej połowie. Należy docenić klasę Borussii Dortmund - grali z Realem cztery razy: raz wygrali, raz zremisowali, raz upokorzyli, a raz zwycięsko przegrali. Bilans znakomity.



Mamy trzech Polaków w finale! Ostatnim, gdzie Polak odegrał wielką rolę, był Stambuł 2005 i Dudek dance, wielki comeback Liverpoolu, prawdopodobnie najlepszy finał w historii finałów. A największy bohater - właśnie Polak, nasz Jurek. Odtąd imię Jerzy nabrało innego znaczenia i przestało być kojarzone z Jurkiem z Klanu. Przekonamy się czy 25 maja czy trio z Dortmundu zapisze się w kartach historii jako pogromcy wielkiego Bayernu. Oby tylko drużyna Heynkesa nie zagrała do jednej bramki, tego się trochę obawiam... że Borussia jest jednak za słaba. Pozostają 22 dni. Proponuję odliczać.


21 kwietnia 2013

Alfredo Di Stefano, czyli bohater i zdrajca w jednym

Kiedy pada pytanie o najlepszego piłkarza w historii futbolu, zawsze pierwsza myśl to wybór pomiędzy Pele i Maradoną. Teraz wydaje się, że Messi pogodził dwóch wspaniałych piłkarzy sprzed lat, rozwiązał jeden z największych sporów w historii piłki nożnej. Dziwię się, dlaczego ludzie zapominają o wielkich nazwiskach z lat 50-60 XX wieku. Dlaczego ludzie zapominają o Masopuscie (554 bramki dla Dukli Praga), Puskasie (w sumie 504 bramki dla Kispestu, Honvedu i Realu Madryt). Znawca piłki powinien znać również historię futbolu. Postanowiłem, że przyjrzę się karierze jednego z najlepszych piłkarzy w historii.

Alfredo Di Stefano miał pseudonim "blond strzała". Grał on najpierw w River Plate (1943-1949), a potem w kolumbijskim Milionariosie Bogota. Czasy były takie, że w Europie trwał wyścig zbrojeń, jeśli chodzi o futbol. Wiele drużyn chciało zbudować potęgę, która zdominuje resztę drużyn. Coraz jaśniej klarowała się kwestia powstania rozgrywek, które zrzeszyłyby cały kontynent. Były to również czasy bez jakichś szerokich mediów. Teraz wielkie kluby europejskie monitorują nawet najniższe ligi w Ameryce Południowej, aby dostrzec ten wielki talent. W latach 40 i 50 XX wieku oczywiście wyglądało to inaczej. Latynosi uznawani byli za wspaniałych piłkarzy. - długonodzy, ciemnoskórzy ludzie, którzy z piłką robią cuda - takie słowa zawarte są we wszelkich piłkarskich kronikach. Problem polegał na tym, że ciężko było namówić takiego kogoś do przenosin do obcego kontynentu, obcego kraju.

Di Stefano w Kolumbii strzelał gole seryjnie. Wspaniała technika połączona z umiejętnością oddania wręcz atomowego strzału. W Europie rozpoczął się wyścig po wspaniałego napastnika. Na czele wyścigu była FC Barcelona i Real Madryt. Mówiono też o Benfice Lizbona, ale Portugalczycy jeszcze wtedy nie mieli możliwości, żeby mieć kogoś takiego. Argentyńczyk zdecydował się na FC Barcelonę. Katalończycy umowę podpisali z River Plate, umowę uprawomocniła także FIFA. Barcelona przelała na konto argentyńskiego klubu dwa miliony peset. Real nie mógł się z tym pogodzić. Legendarna postać Królewskich - Santiago Bernabeu postanowił udać się do Kolumbii, aby przekonać się, że jeszcze nie wszystko stracone. Milionariosowi zaproponował trzy miliony peset. Di Stefano oczarował Bernabeu, kiedy Milionarios przyjechał na mecz pokazowy do Hiszpanii. Pomiędzy River Plate i Milionarios wybuchł spór. Kwestia prawa do zawodnika praktycznie nie została rozstrzygnięta do dzisiaj. W Europie konflikt powstał pomiędzy Realem i Barceloną. Klubami, które i tak już wtedy się nienawidziły. Gra Di Stefano dla jednego, bądź drugiego klubu stała się punktem honoru obu klubów.

Piłkarz do Europy dotarł 13 maja 1953 roku. Z dwóch miast wybrał Madryt. Sprawa trafiła do siedziby hiszpańskiej federacji, która zarządziła, że Di Stefano będzie grał dwa lata w Realu Madryt, a potem dwa lata w FC Barcelonie. Kataloński klub od razu zgłosił protest wobec decyzji federacji, tymczasem Di Stefano zadebiutował w ekipie z Madrytu.

W pierwszych meczach grał wprost beznadziejnie. Hiszpańska "Marca" określiła go mianem partacza ( z hiszpańskiego chapucero). Dziwiono się, dlaczego dwa wielkie kluby kłóciły się o tak marnego piłkarza. Barcelona zaczęła wycofywać się z transferu, sądząc, że oddała najgorszemu wrogowi zgniłe jajko. Do sprawy włączył się fan Realu Madryt - generał Franco, który naciskał na federację, żeby zarządziła o przynależności Di Stefano do Realu Madryt. Barcelona nie miała ochoty walczyć z wiatrakami i oddała piłkarza bez większego żalu.

Dwa dni później Real grał z Barceloną i wygrał 5:0. Di Stefano nagle przypomniał sobie, jak się kopie piłkę. Strzelił w tym meczu trzy bramki. Blancos pękali z dumy, a Katalończycy czerwienili się z upokorzenia.

W klubowym muzeum w Madrycie znajduje się woskowa rzeźba, która upamiętnia podpisanie kontraktu z Argentyńczykiem. Bernabeu jakby zamyślony, skupiony, a obok stoi Di Stefano. Młodzieniec wydaje się podzielać myśli prezesa. W muzeum znajduje się również kontrakt podpisany przez zawodnika, w którym zawarte są zapisy o godnym reprezentowaniu klubu, utrzymywaniu najwyższej formy. Słabość w pierwszych meczach była pewnie efektem przyzwolenia Bernabeu. Zarobki są zamazane. Pewnie konkretne liczby zna garstka osób związana z klubem. 

Di Stefano w latach 1956-1964 wystąpił w siedmiu finałach Pucharu Europy, w których strzelił łącznie siedem bramek. Dla Królewskich wywalczył pięć Pucharów Europy. Wygrywał plebiscyt "France Football" na najlepszego piłkarza Europy w 1957 i 1959 roku. 

Kwestia gry w reprezentacji budzi wielkie kontrowersje, otóż Di Stefano reprezentował w swojej karierze trzy kraje - Argentynę (6/6) , Kolumbię (4/0 i Hiszpanię (31/23). Podczas gry w River Plate reprezentował Argentynę, po przenosinach do Bogoty reprezentował Kolumbię. Tamtejsza federacja była zawieszona przez FIFA, więc czterech meczów rozegranych w kolumbijskich barwach nie uznaje się za oficjalne. Pewnie Di Stefano uznał, że nie zdradzi ojczyzny, skoro mecze i tak będą nieoficjalne. Po przenosinach do Hiszpanii zaczął grać w tamtejszej reprezentacji, co już chyba można nazwać zdradą. To tylko podkreśla wielobarwność znakomitego piłkarza. "Farbowany lis" - jak to niektórzy mówią. 

Piłkarz rodem z Argentyny stał się żywą legendą największego klubu XX wieku. Nawet będąc już na piłkarskiej emeryturze nie przestał otrzymywać nagród. "France Football" uznał go najlepszym piłkarzem w historii, FIFA wybrała go do "jedenastki" wszech czasów. Zbierał pochwały od całego środowiska piłkarskiego - piłkarzy, trenerów, kibiców. - Powiem wam, co zdominowało jego życie, zwykła chęć bycia najlepszym - powiedział swego czasu Ferenc Puskas - równie wielka legenda piłki.  

06 marca 2013

Ekspert rozwiewa wątpliwości: to była słuszna "czerwień" dla Naniego


Nie będziemy udawać ekspertów, bo po co. Ani chojraków, którzy obrzucają tureckiego arbitra Cuneyt Cakir najdorodniejszym mięsem. Na przepisach piłkarskich znamy się trochę, ale nie na tyle, by ferować wyroki, jak to robią niektórzy. Sprawą słusznej/niesłusznej czerwonej kartki dla Portugalczyka Naniego, który sfaulował Hiszpana Arbeloę, warto się zająć. Ale zanim się do tego podejdzie, lepiej zapomnieć o klubowych sympatiach, o emocjach i na chłodno przeanalizować tę decyzję.

Na początku wydawało mi się, że ewidentnie należy się Portugalczykowi kara w postaci wykluczenia z gry. Potem jednak przyszły powtórki, a wraz z nimi szereg wątpliwości. Nie trafił mocno? Chciał, nie chciał? Widział Hiszpana, czy tylko piłkę? Chciał przyjąć, a nie celował w brzuch itd. Rozterek sporo,  więc wczoraj już nie wiedziałem, co o tej sprawie myśleć. Dlatego najlepiej schować się w cień i oddać głos ludziom, którzy mają trochę większe pojęcie na ten temat. I odłożyć wszelkie dywagacje o stronniczości sędziego, który miałby podobno kibicować Barcelonie i Realowi na Twitterze.

Napisaliśmy więc do serwisu Sędzia Piłkarski PL by Ci wytłumaczyli nam, czy należała się żółta, czerwona, pomarańczowa kartak czy wszystkim należy się kubeł zimnej wody.

Odpisał mi redaktor Hubert Dembowiak z tegoż serwisu i wpierw wysłał mi takie coś: 
Fragment artykułu 12, dotyczącego właśnie tego typu incydentów jaki zaszedł tego wieczoru z udziałem Naniego: "Poważny, rażący faul. Zawodnik popełnia poważny, rażący faul wówczas, gdy używa nieproporcjonalnej siły lub brutalności w odniesieniu do zawodnika drużyny przeciwnej, kiedy walczą o piłkę będącą w grze. Atak nogami, który naraża na niebezpieczeństwo zawodnika drużyny przeciwnej, musi być traktowany jako poważny, rażący faul. Każdy zawodnik, który gwałtownie atakuje zawodnika drużyny przeciwnej,kiedy walczą o piłkę z przodu, z boku lub z tyłu, używajπc jednej lub obu nóg - czyniąc to z użyciem nieproporcjonalnej siły i narażając tego zawodnika na niebezpieczeństwo, popełnia poważny, rażący faul.
Przy poważnym, rażącym faulu korzyść nie powinna być stosowana, chyba że zastosowana korzyść stwarza realną szansę zdobycia bramki przez drużynę poszkodowaną. W takim przypadku zawodnika, który popełnił poważny, rażący faul, sędzia WYKLUCZA podczas najbliższej przerwy w grze. 
Poważny, rażący faul KARANY JEST WYKLUCZENIEM z gry winnego zawodnika. Grę przerwaną z tego tytułu wznawia się rzutem wolnym bezpośrednim z miejsca przewinienia (patrz Art. 13 - Miejsce wykonania rzutu wolnego), względnie rzutem karnym, gdy przewinienie miało miejsce w polu karnym".
Zacytowany artykuł 12 (str 118) jest wyjęty z Przepisów Gry w piłkę nożną (wyd. 2010/2011). Warto również przypomnieć tu o pokaźnym materiale "Interpretacje FIFA do Przepisów Gry oraz wytyczne dla sędziów" Tu macie link: http://t.co/sTTeyzkHdX

Od Huberta dostałem jeszcze rozwinięcie:

Sędzia nie może oceniać intencji, choć te nie były prawdopodobnie złe. Arbiter musi ocenić efekt akcji podjętej przez zawodnika. Tym efektem jest wejście korkami w ciało zawodnika. Czy jest to tylko nierozważność, czy niebezpieczne zagranie, odpowiedzcie sobie Państwo sami. 
To nie zależy, a przynajmniej nie powinno zależeć od tego, czy zawodnik krzyczy z bólu, czy wstaje dalej. Pan Cakir jest w karaniu takich zagrań bardzo konsekwentny i z pewnością zawodnicy zostali poinformowani przez sztab o jego warsztacie sędziowskim. Oczywiście, nie każdy atak korkami jest karany czerwoną kartką. Jednak, jeśli te korki lądują na ciele zawodnika po wejściu z dużym impetem, sędzia nie ma wyboru - to musi być czerwona kartka. Rodzaj meczu, atmosfera nie mają tu nic do rzeczy. Po zdecydowaniu się na tę odważną (choć jedyną prawidłową) decyzję, pan Cakir udowodnił, że jest sędzią najwyższej klasy, że umie radzić sobie z presją stadionu Old Trafford.
I jak Was przekonuje takie rozumowanie? Cóż, wydaje się, że ciężko dyskutować z samymi przepisami. Nawet jeśli tylko mniejszość popiera tę decyzję. Co w końcu takie dziwne nie jest, wszak eksperci stanowią mniejszości. Można być kibicem Realu, Manchesteru i mieć własne zdanie. To jasna sprawa, ale chyba lepiej zaufać tym, którzy mają wiedzę większą i są w danej materii bardziej kompetentni. Od razu zastrzegam: nie twierdzę, że przepisy są mądre. Ale są, jakie są i według nich sędzia musi oceniać dane zdarzenie. A, że w opinii wielu Pan Cakir swoją decyzją zabił mecz, to inna sprawa. Mógł ją podjąć, choć często wczoraj było powtarzane sformułowane, iż "niewiele ona ma wspólnego z tzw "duchem gry".

Na koniec podobne zdarzenie do tego, które miało miejsce wczoraj. Nie, nie De Jong w  finale Mistrzostw Świata 2010. Emmanuel Eboué.