Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reprezentacja Polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reprezentacja Polski. Pokaż wszystkie posty

04 kwietnia 2013

Nie unikniemy debaty o Fornaliku!


W piłce nożnej tak to już jest. W przypadku porażek należy wskazać winnego, a pech trenerów polega na tym, że zawsze w nich upatruje się głównego winowajcę. Nie inaczej jest w przypadku trenera Waldemara Fornalika.

Ostatnio było głośno o chęciach zatrudnienia nowego selekcjonera przez PZPN, co krótko uciął prezes Zbigniew Boniek. Niestety moje nadzieje okazały się niezwykle płonne. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem zagranicznego fachowca, aniżeli polskiej myśli trenerskiej, która jest tanią propagandą głoszoną przez szereg osób z Antonim Piechniczkiem na czele. Nie wynika to z faktu, że zawsze zagraniczne wydaje mi się lepsze. Po prostu mam w pamięci wspaniałe chwile reprezentacji Polski za kadencji Leo Beenhakkera.

Trenera Fornalika niezwykle cenię. Erudycją nokautuje chyba wszystkich swoich kolegów po fachu. Problem tkwi w tym, że za nim nie stoją sukcesy trenerskie. W polskich warunkach v-ce mistrzostwo Polski zdobyte w dodatku w "żółwim wyścigu" nie robi wrażenia, tak samo finał Pucharu Polski. W Ruchu Chorzów trener wykonał znakomita pracę, której znaczenie widzimy po jego odejściu. W futbolu lepiej dyskutować na podstawie faktów. Międzynarodowe doświadczenie prawie żadne. Sześć spotkań w kwalifikacjach Ligi Europy, dwa wygrane dwumecze: z Szachtiorem Karagandy i z Valetta FC. Na polskie warunki nieźle, ale nic o skali międzynarodowej. Brak charyzmy. Piłkarze Ruchu mogli mu jeść z ręki, a reprezentacja to zupełnie co innego.

Od meczu z Urugwajem mamy do czynienia z zagubieniem się trenera, które trwa aż do dzisiaj. Skalę tego zagubienia widzieliśmy w meczu z Irlandią. Irracjonalne decyzje, dziwne tłumaczenia po spotkaniu. Trener zatracił chęć dialogu, co było jego największym atutem. Zaczął wietrzyć spiski - słynne już oskarżenie w kierunku dziennikarzy o sugerowanie prawdopodobnego składu na mecz z Ukrainą. W pamięć zapadło mi pytanie ukraińskiego dziennikarza o Yarmolenkę zadane na pomeczowej konferencji - "Cała Europa wie, że Yarmolenko schodzi z prawej strony i uderza lewą nogą. Czy przekazał pan tę informację piłkarzom?" Trener wyjeżdża z Leo Messim, czym naraża się na śmieszność. Piłkarze po meczu mówią, że zabrakło ambicji. Na miejscu trenera Fornalika załamałbym ręce. Owy brak ambicji to dla niego policzek wymierzony przez podopiecznych.

Selekcjoner ma za zadanie: powołać najlepszych piłkarzy w kraju, nakreślić taktykę, odpowiednio zmotywować. Na drużynie narodowej nie widzę piętna Fornalika. Czasami mam wrażenie, że on tylko firmuje skład swoim nazwiskiem. Problem tej drużyny tkwi gdzieś w głowach piłkarzy. Czy na mistrzach Niemiec, piłkarzu Bordeaux i innych - rady Fornalika mają większe znaczenie? Zszokowały mnie słowa Mariusza Piekarskiego, który mówi, że piłkarze śmieją się, kiedy mówi selekcjoner. To kolejne upokorzenie Waldemara Fornalika, które spotkało go w mediach. Naszej reprezentacji potrzeba jakiegoś mentora typu Fatih Terim. Trenera, który ma sukcesy w swoim CV osiągnięte jako zawodnik lub trener.

Swoją tezę motywuję piłkarską historią. Niegdyś Korea Południowa postawiła na Hiddinka, Grecja na Rehhagela, a Polska na Beenhakkera. Kogo w swoim składzie miał Leo Beenhakker? W tamtej reprezentacji mieliśmy znakomitego bramkarza i wyrobników, z całym szacunkiem dla Smolarka, Krzynówka itd. Holender zrobił z tych piłkarzy monolit, drużynę europejską. Odkrył dla reprezentacji Polski Wasilewskiego i Matusiaka. Jeden wyjechał do Anderlechtu, a drugi do Palermo. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że wymaganie od tamtej drużyny czegokolwiek na EURO 2008 było więcej niż naiwne. Selekcjoner musi mieć cechy unikatowe. U trenera Fornalika ich nie widzę.

Od dyskusji nad Fornalikiem nie uciekniemy. Ludzie na początku kadencji nie szczędzili mu pochwał i teraz pewnie jakoś głupio im skrytykować. Jeśli PZPN chce Lippiego, Stevensa czy van Bastena, musi decyzję podjąć teraz, natychmiast, bo potem może być za późno. Ryzyko? Moim zdaniem większe ryzyko to postawienie na Fornalika aż do jesieni. Powinien być progres, a od paru miesięcy widzimy ogromny regres. Nikt z nas nie ma na to wpływu, ale nikt nie zabroni nam dyskusji. Futbol to dialog.

01 kwietnia 2013

Obraniak? Dosyć!

Już jakiś czas nosiłem się z napisaniem tego tekstu, ale różne rzeczy wciąż odciągały mnie od wyrzucenia z siebie, co mi leży na sercu. Tak, dobre to określenie - nie będzie tu jakoś dużo merytoryki, lecz emocje - może nie tak burzliwe, jak jakiś czas temu, ale wciąż. Ameryki odkrywał nie będę, raczej chcę się z Wami tym, co mnie wkurza.

Dużo się ostatnimi czasy słyszy o farbowanym francuskim lisie Ludovicu Obraniaku. Zewsząd płyną głosy, jaki to polski pomocnik jest słaby, jak opryskliwy, jak nic nie daje reprezentacji Polski. Męczy mnie to już straszliwie. Szkoda mi Obraniaka. I chyba tylko dziennikarzom nie przeszkadza ta zaciekła medialna nagonka. Szkoda mi Obraniaka, bo stał się kozłem ofiarnym - reprezentacja gra dramatycznie, ale największy problem działacze i media widzą w pomocniku Bordeaux.

fot.: www.gwizdek24.se.pl
Nie będę przytaczał, jak cała historia się zaczęła - było o tym dużo i też starczy. Chciałbym najpierw opowiedzieć, dlaczego uważam, że Obraniak dobrym piłkarzem jest. To, że został wychowany na Zachodzie, wobec kondycji polskiej piłki i poziomu edukacji piłkarskiej młodzieży podczas tych lat, kiedy piłkarsko dorastał, jest już ogromnym atutem. Ale na ładne oczy nikt nikomu nie uwierzy. Spójrzmy więc na statystyki! Oprzyjmy się tylko na reprezentacyjnych dokonaniach, bo jak pokazuje przykład Tria z Bellville Dortmundu, klub to zupełnie inna bajka. W tym sezonie reprezentacja grała 11 razy: 5 razy wygrała, 2 razy zremisowała, 4 razy przegrała, z bilansem bramek 21-14 (ktoś mógłby pomyśleć, że całkiem niezłe statystyki, ale pamiętajmy, że graliśmy ligowym składem z Macedonią i Rumunią, a raz wymęczyliśmy 5-0 z San Marino). W tym czasie Obraniak zagrał 6 razy, zaliczył dwie asysty oraz gola. A przyglądając się już samym meczom o punkty - zaliczył dwie asysty, z Anglią i Czarnogórą (z którą również zaliczył czerwoną kartkę, ale o tym za chwilę). Słyszałem w Cafe Futbol, że z rożnego to każdy głupie umie podać (Wojciech Kowalczyk z miną znawcy o tym opowiadał), a ze stojącej piłki jest najłatwiej. No to mecz z San Marino obalił tę tezę - może Adrian Mierzejewski chciał udowodnić, że nie jest każdym głupim...
Obraniak ma doskonale ułożoną lewą nogę i chwała mu za to! A deprecjonowanie jego asyst nie mieści mi się w głowie (przypomnę, że zaliczył też asystę na Euro 2012 w heroicznie zwycięsko zremisowanym boju z Rosją - i to z gry! Touche Panie Kowalczyk).

A co do Cafe futbol - w brzuchu mi się przewraca, gdy słyszę Romana Kołtonia i Mateusza Borka - mam wrażenie, że co Obraniak by nie zrobił, to będzie źle. W akcie desperacji zacząłem oglądać mecze reprezentacji z komentarzem Dariusza Szpakowskiego, bo dość miałem Kołtoniowego "ależ mnie dziś wkurza ten Obraniak" za każdym razem, gdy pomocnik Bordeaux bywa przy piłce.

Panuje opinia, że Ludovic odstaje od grupy, bo nie umie się z nią porozumieć, mimo upływu kilku lat nie nauczył się języka polskiego - tu akurat mój zarzut do gracza Bordeaux - chcieć to móc więc to, że po polsku nie mówi, jest jego zaniedbaniem. Ale jak tak słucham naszych piłkarzy, to mam wrażenie, że niektórzy też po polsku mówić nie umieją... A zarzut, że nie rozumieją go na boisku jest moim zdaniem totalnie nietrafiony - bo akurat na boisku (grając tyle czasu ze sobą) - można się porozumieć bez biegłości językowej.

Ostatnio też czytałem, że Obraniak nie umie się dogadać z grupą, bo ma inne zainteresowania - zajmuje się sztuką, aukcjami... Zastanawiam się tylko, czy to świadczy dobrze o Obraniaku, czy słabo o naszych piłkarzach... Nie uważam, że nie interesować się sztuką jest źle - każdy robi, co lubi, ale nie może być to powodem do wykluczenia społecznego tych zainteresowanych tematem)

fot. Piotr Kucza (Newspix.pl)
Temat czerwonej kartki w meczu z Czarnogórą był wałkowany kilka dobrych tygodni. Chyba tu po raz pierwszy wypłynął ferment z szatni reprezentacji. Kuba Błaszczykowski, nie po raz pierwszy zresztą, chlapnął w emocjach kilka słów za dużo. Za dużo nie tylko dlatego, że takie rzeczy powinny zostać w szatni, ale po prostu nie miał racji w swojej ocenie. Jasne, Obraniak zrobił źle, dając się sprowokować Czarnogórcowi, ale ten przyaktorzył w tej sytuacji tak, że Christopher Walz zadrżał o nagrodę dla najlepszego aktora drugoplanowego. A reakcja naszego pomocnika była naturalna, wynikała ze zdenerwowania i ogromnego zaangażowania
w tamten mecz. Dla mnie w żadnym stopniu nie było to głupotą.  I bardziej podoba mi się postawa Obraniaka dostającego w ten sposób kartkę, niż kapitan reprezentacji, który chlapie głupoty równie często co Pollock farbą.

I na koniec taka moja osobista refleksja - grałem kiedyś w klubie (B klasa, nic szczególnego) na pozycji bramkarza. Dołączyłem do grupy trochę przypadkiem. Była to skonsolidowana grupa znajomych, trochę starszych ode mnie, z innymi zainteresowaniami i poczuciem humoru. Był tam jeden człowiek, który nadawał ton towarzystwu. Pech chciał, że nie przypadłem mu do gustu. I jakbym się nie starał, to "hejtował" mnie na każdym kroku - strasznie to działa na psychikę i implikuje błędy i brak pewności siebie. Podziwiam się, że wytrzymałem cały sezon, ale potem bez żalu odszedłem. Jestem ciekawy, ile takiej atmosfery wytrzyma Obraniak, ale jeśli zaczyna otwarcie mówić, że wyjeżdża ze zgrupowania z ulgą, to nie jest dobrze.
A Obraniak w Polskiej reprezentacji być musi i basta - bo już nawet ze stałych fragmentów gola nie strzelimy (a przecież ma zdecydowanie więcej zalet, niż tylko lewą nogę).

P.S.
Jeśli choć w pewnym stopniu się ze mną zgadzacie, zapraszam do dołączenia do facebookowej strony "Mówimy NIE medialnej nagonce na Ludovica Obraniaka" - tutaj odnośnik http://www.facebook.com/takdlaLudo?fref=ts

A jeśli się ze mną nie zgadzacie, zapraszam do komentowania!

27 marca 2013

Gorzej niż z Ukrainą. Tylko przeciwnik słabszy.

Reprezentacja Polski pokonała na Stadionie Narodowym w Warszawie półamatorską drużynę San Marino, 5-0. Chyba na tym powinienem zakończyć. Mecz mnie rozczarował. Czułem się zażenowany, siedząc z kolegami przy piwie. Ja - siedząc wygodnie przed telewizorem. A kibice, którzy wydali gruby hajs, żeby na ten mecz pojechać? Nawet wyobraźnia mnie tutaj zawodzi.

 Wydawać by się mogło, że powołanie do reprezentacji powinno coś znaczyć. Dostajesz koszulkę z orzełkiem po to, żeby zostawić serce na boisku. Może to zwykłe, może to banalne, ale tak powinno być. Patrzą na Ciebie miliony, reprezentujesz kraj w najpopularniejszym sporcie na świecie. Dlaczego tak nie jest? Dlaczego musiałem oglądać człapiące bociany? Może to oznaka nadchodzącej wiosny, nie wiem. Gdzieś wyczytałem, że dzisiaj wygrałby z nami każdy, oprócz San Marino, rzecz jasna. Kurde, jestem patriotą, wierzę w ten kraj, w polskich sportowców, pokładam też spore nadzieje w piłkarzach, a oni mnie zawodzą, po raz kolejny czuję się oszukany. Powiecie - a co tam San Marino, przecież wygraliśmy, więc czego się czepiasz? A, czepiam się.


 Zobaczyłem w wyjściowym składzie dwóch napastników. Pomyślałem - fajnie, coś nowego. Na tak słabego rywala, dlaczego nie? Spodziewałem się ciekawych akcji, oryginalnych zagrań, gry z szybkiej piłki, pomysłu na grę. San Marino postawiło ścianę, a my waliliśmy w nią miniaturowym młotem. Piłka do Grosickiego i biegnij chłopie. Wrzuć, a jak nie, to chociaż spróbuj wywalczyć rożnego. Tak to wyglądało. Robert Lewandowski wreszcie się przełamał. Dwie bramki z rzutów karnych, z czego w jednym Bozia dmuchała z całych sił, żeby się jednak wturlało. Nasz gwiazdor nie potrafił oddać groźnego strzału z akcji. No ludzie, o czym my rozmawiamy?


 Punktem kulminacyjnym była chyba akcja bramkowa San Marino. Sam na sam z bramkarzem. Gdyby nie Artur Boruc, stalibyśmy się pośmiewiskiem. Ten mały kraj strzeliłby swoją 19. bramkę w historii swojego istnienia, dziękujemy Ci, Art, z całego serca. Podobał mi się Boruc, szczególnie w pierwszej połowie, kiedy San Marino oddało strzał na bramkę, był wtedy wściekły. machał rękami. Takich piłkarzy nam trzeba, z charakterem, z jajem. Kolega coś zawalił? Krzyknij na niego. W takich sytuacjach widać, komu zależy najbardziej. Kto mi się jeszcze podobał? Kuba Kosecki i Bartek Salamon. Pierwszy wprowadził sporo ożywienia i zapewnił swoją bramką "Puchar Weszło", drugi z kolei to inwestycja w przyszłość. Pal licho, że graliśmy z San Marino. Fajnie, że Fornalik na niego postawił. Stawiam tu plusika. Cieszy mnie jeszcze fakt, że wszedł Teodorczyk i pokazał Robertowi jak trzeba skończyć akcję. To by było na tyle.


 Mimo wszystko, dalej wierzę w naszą reprezentację. Przypominam sobie dwa mecze z Portugalią, spotkanie z Belgią, dominację nad Anglią, przypominam sobie nawet te piękne momenty na EURO 2012 i ściskam kciuki, podobno nadzieja umiera ostatnia. Czarnogóra zagrała z Anglią na remis, to powinno nas zmotywować. Jedźmy w czerwcu do Kiszyniowa i zagrajmy z pazurem. Pokażmy, że jeszcze się liczymy, wygrajmy 0-3, będę wtedy szczęśliwy. Przepraszam, może jest to mało ambitny tekst, brakuje tu statystyk, konkretów, ale musiałem w ten sposób, emocjonalnie, umysłem prawdziwego polskiego kibica, nie statystyka, nie chłodnego obserwatora. Myślę, że wielu z nas myśli podobnie.


 Wiem, że potrafimy się zmotywować. Wierzę, że przyjedzie do nas Czarnogóra, dostanie trójkę i pojedzie do domu, wierzę, że Wembley zatoczy koło, że Ukraina zlekceważy nas na swoim terenie, że rywale będą remisować. Co mi pozostało? Wszyscy obrażają polskich piłkarzy, przeklinają na Lewandowskiego, rzucają czym popadnie, wstydzą się. Może i jestem dziwny, ale jestem z reprezentacją Polski na dobre i na złe, nawet jeśli szanse pozostaną matematyczne, to i tak nie odbierze mi wiary.

 Polacy - najlepsi z najlepszych.

Kochać polskiej reprezentacji nie przestanę. Polskim sportowcom będę kibicował zawsze. Powtarzam jeszcze raz - uwierzmy! Jesteśmy Polakami. Jeszcze wszystkim pokażemy.

26 marca 2013

Mecz o Puchar Weszło. Ostatnie spotkanie Fornalika w roli selekcjonera?

 
(fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)
Prawie 4 lata temu Polska ostatni raz zmierzyła się z reprezentacją San Marino. Żeby było zabawnie, mecz rozegrano 1 kwietnia, czyli w znane wszystkim Prima Aprilis. Prawdopodobnie tylko dlatego Polska zmiażdżyła rywali wygrywając aż 10:0, po czterech bramkach Ebiego Smolarka. Co ciekawe znajdowaliśmy się wtedy w podobnym położeniu, w jakim znajdujemy się dzisiaj. Byliśmy świeżo po porażce w Belfaście - gdzie po beznadziejnym meczu przegraliśmy z Irlandią Płn. 3:2, a szanse na awans bardzo się wtedy oddaliły. "Selekcjonerskie życie" Leo Beenhakkera wisiało wówczas na włosku, jednak mecz z San Marino pozwolił Holendrowi na tymczasowe utrzymanie swojej posady. Czy dziś będzie podobnie?


Po meczu z Ukrainą nad selekcjonerem Waldemarem Fornalikiem zawisły czarne chmury. W mediach zaczęły pojawiać się te same pytania, które pojawiały się tuż po klęsce na Euro: Dlaczego nasi wyglądają, jakby najedli się przed meczem 3 kebabów i nie mieli siły ganiać za szybkimi przeciwnikami? Dlaczego Lewandowski nie strzela? Dlaczego Fornalik nie reaguje na sytuację na boisku, a po meczu udziela kompromitujących wypowiedzi? I na dobrą sprawę większość pytań naprawdę ma sens. Fornalik miał zmienić styl naszej reprezentacji, wprowadzić do niej świeżość, spowodować, że smród jaki pozostawił po sobie Franciszek Smuda, szybko rozpłynie się po atmosferze. Kadra zmian jednak nie przeszła - trzon zespołu wciąż tworzą zawodnicy, którzy nie podołali zwycięstwie w wymarzonej grupie na Mistrzostwach Europy. Dziś wiele osób udaje zaskoczonych taką sytuacją, jednak zadaniem Fornalika wcale nie było stworzenia kadry na nowo. On miał zrobić z tymi zawodnikami to, czego nie udało się zrobić Smudzie - zbudować drużynę i wpoić zawodnikom, że dla kadry naprawdę warto się poświęcić. I tutaj słynny Waldek poległ.

 Dzisiaj mecz o słynny "Puchar Weszło", który może zweryfikować faktyczny stan naszej reprezentacji. Puchar jest odpowiedzią - żartem, na spotkanie - żart, reprezentacji Polski z Ukrainą. Jest bardzo prawdopodobne, że Polska powtórzy wynik sprzed czterech lat i zmiecie wręcz z boiska kelnerów, restauratorów i bankowców. Musimy wygrać co najmniej pięcioma golami, aby "Puchar Weszło" stał się naszą własnością. San Marino z pewnością tanio skóry nie sprzeda. Warto tu przypomnieć sobie spotkanie z 2008 roku, kiedy pod wodzą Leo Beenhakkera wygraliśmy na wyjeździe z San Marino jedynie 2:0, po bardzo opornej i beznadziejnej grze biało-czerwonych. Tak - to właśnie wtedy tyłki uratował nam Łukasz Fabiański, który na całe szczęście obronił karnego w 4 minucie spotkania. A od kompromitacji naprawdę dzieliło nas wtedy niewiele...

 Czy to jest właściwy czas, by dokonać zmiany na stołku trenerskim?  Obawiam się, że tak. I wcale nie jestem fanem zwalniania trenera po kilku spotkaniach. W mojej opinii Waldemar Fornalik po prostu nie jest urodzonym selekcjonerem. Tak samo jak nie był nim Franciszek Smuda, tak samo jak nie był nim Paweł Janas, a był nim właśnie Leo Beenhakker. Czym różnią się Ci wszyscy panowie? Jedno słowo: autorytet. Jestem niemalże pewny, że Lewandowski inaczej grałby u Jose Mourinho, a inaczej u Dariusza Wdowczyka, mimo że byłby to ten sam zawodnik, z tymi samymi umiejętnościami. Beenhakker był selekcjonerem idealnym, bo wpajał naszym piłkarzom by wierzyli w siebie. Dodatkowo mówił im o "oczywistych oczywistościach" jak o tym, że musimy utrzymywać się przy piłce, a dzisiaj - o zgrozo - w ogóle nam to nie wychodzi. Gdy wybierano Waldemara Fornalika na selekcjonera reprezentacji Polski nie piałem z zachwytu, bo od początku byłem za sprowadzeniem na ławkę kogoś na miarę Holendra - znanego i poważanego, zagranicznego selekcjonera. Na krajowym podwórku jedynym dostępnym kandydatem był właśnie nasz Waldek, bo Michał Probierz (najpoważniejszy konkurent) był po dosyć ciężkim okresie, a przede wszystkim wolał przeprowadzkę na Reymonta. Mimo to, w Fornalika wierzyłem, bo po wypowiedziach Grzegorza Laty o tym, że trenerem może być jedynie Polak, wiedziałem, że nie spotka nas obecnie nic lepszego.

 A dziś historia zatoczyła koło. Znowu gramy z San Marino, znowu posada selekcjonera wisi na włosku, znowu zastanawiamy się czy zwalniać już teraz, czy poczekać do końca eliminacji. Jestem jednak tego samego zdania co Przemek Rudzki - jeśli chcemy się jeszcze liczyć w walce o Mundial, potrzebujemy wstrząsu. Wstrząsu, który wykona zagraniczny trener o charyzmie Beenhakkera lub Trappatoniego. Wszystko w rękach Zbigniewa Bońka, a ten na pewno porażek łatwo znosić nie będzie.

JO

24 marca 2013

Zaryzykujmy!

Czy my zawsze musimy ruszyć dupę i walczyć dopiero wtedy gdy ktoś nam do tej dupy porządnie nakopie ? Taka jest nasza mentalność, walczymy dopiero wtedy gdy już nic nie mamy, gdy jesteśmy zgnojeni. Czasem się to udaje, ale to trzeba jak najszybciej zmienić.

Przed każdym meczem reprezentacji kibice czują podniecenie, rozmawiają tylko o tym czy Lewandowski strzeli bramkę i ile ich strzeli, czy Fornalik będzie się cieszył z wygranej, czy Boruc znowu zostanie bohaterem, etc., etc.
Tak było i tym razem. 9/10 osób mówiło przed starciem, z ogromnym przekonaniem słyszalnym w głosie, że Polska Ukrainę jednak pokona. Sam w to wierzyłem, tym razem wierzyłem…
Przed każdym meczem naród żyje marzeniami, marzeniami o wielkiej drużynie i o sukcesie, na który czekamy tak długo.
Po meczu jednak otwierają nam się oczy, niektórzy maja wytrzeszcz i nagle widzą zbyt wyraźnie. Obiecujemy sobie, że już więcej nie ośmielimy się marzyć, że nie uwierzymy, ale to powraca jak narkotyk…

Mamy wiele mankamentów, nie starczyłoby czasu by je wymienić. Nie jesteśmy potęgą na futbolowej mapie, ale gdy nam, słabej drużynie, zabraknie waleczność, to już nie mamy nic do zaoferowania.
Wczoraj mogliśmy ją zobaczyć, ale tylko przez 30 minut. Byliśmy jak przerażone dziecko uciekające przed ciężką ręką ojca. Chwilową ucieczkę umożliwiła nam adrenalina, która płynęła w naszych żyłach po dwóch mocnych ciosach. W końcu jednak Ukraińcy nas dopadli i zadali ostateczny cios. Leżeliśmy na tej idealnie przygotowanej murawie i nie mogliśmy się podnieść. Poddaliśmy się.

Może lepiej odpuścić sobie te całe mistrzostwa w Brazylii? Nawet gdybyśmy jakimś cudem na nie awansowali, to i tak z grupy nie wyjdziemy, bo takiego prawa, z ta drużyna, nie mamy. Tylko czy my mamy lepsza drużynę? Ja myślę ze może nie lepszą, ale taka z większym sercem, owszem (o tym jeszcze dzisiaj).

Czasem jesteś skazany na pożarcie, ale gdy masz większe serce, przetrwasz, a może nawet i zwyciężysz?

Posłuchajmy w końcu Kowala, bo gość dobrze prawi.
Postawmy na Euro 2016! A każdy następny mecz eliminacyjny potraktujmy jak +2 do doświadczenia tych młodych, bo gdzie je zdobywać jak nie w takich meczach? Na pewno nie w takich spotkaniach jak z Rumunią…
Osobiście zdecydowanie bardziej wolałbym oglądać młodych i nie najedzonych dzieciaków którzy za tą reprezentację oddaliby wszystko, niż pełnego Obraniaka, który biegnie truchtem za uciekającym mu przeciwnikiem i nagle staje w miejscu, poddaje się, choć nie spróbował walczyć.
Ja o taką drużynę młodych (z kilkoma starszymi walczakami) jestem spokojny. Umiejętnościami czysto sportowymi od obecnych kadrowiczów różnić się rażąco nie będą, a gdy dojdzie do tego walka jak o ojczyznę to mogą nas nieźle zaskoczyć.

Zaryzykujmy! Gorzej już być nie może!



Szczegółowa analiza wtorkowego przeciwnika

Już we wtorek odbędzie się spotkanie, którym żyje cała piłkarska Polska. Będziemy mieć sporą okazję do podwyższenia swojego dorobku punktowego, zwycięstwo wydaje się być w zasięgu ręki, grając, nawet tylko lewymi nogami. Zmierzymy się z reprezentacją San Marino. Jest to najsłabsza drużyna w Europie. Mogą nas czymś zaskoczyć? Postaram się ich rozpracować.


Jaki jest największy sukces tej maluczkiej kadry? Wydaje mi się, że jest nim zwiedzenie najpiękniejszych piłkarskich stadionów za krajową kabonę. No, ale tylko wtedy, kiedy dostaną przepustkę z roboty. Najlepiej mają właściciele własnych firm, oni sami sobie dają wolne. A pomyśleć, że żona któregoś z zawodników ma urodziny. "Wiesz co, drogie to złoto, cholera, a spłacamy kredyt na mieszkanie, wiem, że bardzo chciałaś ten łańcuszek.. ale mam za to koszulkę Gerrarda". To naprawdę piękne, że w salonowej szafie tych grajków, wiszą trykoty gwiazd futbolowego światka. Żeby jednak dostać taką koszulkę, piłkarz przeciwnej drużyny musi mieć dobry humor.

Jesteś reprezentantem San Marino? Czytasz mój felieton? Chcesz zdobyć nową koszulkę? Po meczu podejdź do tego, który: JEDEN ustrzelił hat-tricka, DWA kupił ostatnio świetny samochód, TRZY wstawił sobie nowe zęby, CZTERY wydał solową płytę r&b, PIĘĆ wygrał bilety na koncert Bon Joviego w konkursie na last.fm. Cokolwiek, byle miał uśmiechniętą twarzyczkę.

Nie podchodzić z kolei do tego, który: JEDEN obijał reklamy nie mogąc trafić do bramki, DWA rozbił wczoraj samochód, TRZY pokłócił się z trenerem/żoną/psychoanalitykiem, CZTERY drapie się akurat po kolanie, PIĘĆ poci się jak dziwka w kościele

Kilka ciekawostek o San Marino:
- raz wygrali nawet mecz, towarzyski z Liechtensteinem, 1-0.
- w oficjalnych spotkaniach zdobyli dotychczas 18 bramek
- legendą kadry jest Andy Selva, strzelec 8 goli (nie faulować go, bo dobrze bije wolne)
- kiedyś w eliminacjach urwali punkty Turkom i Łotyszom
- najwięcej, przegrali 0-13, z Niemcami
- mają tego samego trenera od 1998 roku, jest nim Giampaolo Mazza
- w 1993r. strzelili Anglikom gola na Wembley w 1. minucie i cały świat zesrał się wtedy ze śmiechu
- grali mecz z Watykanem (a ci dali im po katolicku zremisować, 0-0)
- w eliminacjach do mundialu w 1994r. prawie zremisowali z Polską, ale Furtok strzelił gola ręką, a sędzia oszukał biednych Sanmaryńczyków, dodam jeszcze, że mówi się na to: polska ręka Boga, czyli coś na podobieństwo ręki Maradony w meczu z Anglią. Choć ręka Boga, w zestawieniu z meczem z San Marino, brzmi jak kawior w zestawieniu z bigosem.

ANALIZA OBROŃCÓW (no i bramkarza też w sumie)
Dobra, to jedziemy ze szczegółową analizą. Zacznijmy od bramkarza - Aldo Simoncini. Lepiej nie strzelać mu dużo bramek, bo za wszystkie może nas rozliczyć. W końcu jest księgowym.
Bracia Bollini mogą nas z nami troszkę pojeździć, gdyż mają swoją firmę przewozową. Na szczęście tylko jednego z nich spodziewam się w pierwszej jedenastce. W meczu z Anglią, urzędnik bankowy strzelił samobója, będąc wyraźnie zamyślony nową, wysokoprocentową lokatą. Może warto to wykorzystać? Ten pan nazywa się Della Valle, a do jego okienka bankowego, mniej więcej trzy razy w ciągu minuty będzie pukał Kuba Błaszczykowski, bo to zawodnik z jego strony. Na stoperze gra jeszcze brat bramkarza, więc mogą próbować do siebie wzajemnie podawać. Z tym, że rozliczą nas wtedy podwójnie, ponieważ drugi z braci również jest księgowym. Lewandowski może się nie wcale nie przełamać, bo pilnować go będzie Mirko Palazzi. Co, nie wiecie kto to? Jest profesjonalnym piłkarzem, grał kiedyś w Serie D, a teraz w Serie E, czy gdzieś tam. W każdym razie może pozwolić sobie na kupno chleba, masła i pasztetu za granie w piłkę. Stawkę uzupełnia ten, z którym koszulkami i zawartością kieszeni wymieni się Artur Boruc. Fabio Vitaioli, mający swój własny bar. No dobra, nie taki własny, ma go razem z bratem (ooo, brat też gra w kadrze, w ataku). Martwię się, żeby nie podmienił Borucowi butelki z wodą, na coś innego. Artur jest cwany, nawet jakby poczuł, to i tak by nie powiedział. Nasi przeciwnicy mogą też zastosować wariant taktyki, oparty na sile fizycznej i wprowadzić Damiano Vanucciego, właściciela siłowni.

ANALIZA POMOCNIKÓW
Na skrzydle, z Piszczkiem będzie mierzył się student. Jak mniemam, musi studiować sanmaryński odpowiednik bezpieczeństwa narodowego, kulturoznawstwa lub dziennikarstwa, inaczej nie miałby czasu na jakieś tam międzynarodowe granie. Przeciwnik Seby Boenisha to z kolei barman - Enrico Cibelli. Zastanawiam się, czy nie pracuje on u braci Vitaioli. Wiadomo, o robotę trudno, a czemu nie dać szansy koledze z kadry? W środku piłkę rozgrywają biegają: drugi z braci Bolleli (tych od firmy przewozowej), a także człowiek, który podobno ma dla trenera Waldka trzy niezwykle mocne żarówki jarzeniowe do przechowalni ziemniaków. Alex Gasperoni ma swoją firmę, produkującą oświetlenia dla farm gospodarskich. Na szczęście, statystyki przemawiają na naszą korzyść. Wszyscy ci zawodnicy zdobyli dla swojej reprezentacji w sumie, 0 goli. Bilans nie jest powalający, choć nie jestem w stanie obiecać, że po meczu z Polakami, ich dorobek nie ulegnie zmianie.

ANALIZA NAPASTNIKÓW
Nie mógłbym pominąć legendy tamtejszego kopania się po czołach. Jest jeden zawodnik, który naprawdę dobrze gra w piłkę. To Andy Selva, grający niegdyś nawet w Serie B. Strzelił dla reprezentacji ogórasów 8 bramek, godne podziwu, naprawdę, trzeba przyklasnąć w dłonie. W ataku, z Anglią, pomagał mu jeden z braci Vitaioli. To nazwisko przewija się często, wyjaśnię więc jeszcze raz: Jest dwóch braci, mają swój bar, jeden jest obrońcą, drugi napastnikiem. Pierwszym rezerwowym jest sprzedawca mebli - Danilo Rinaldi, podobno trochę drewniany, ale gola w kadrze kiedyś strzelił.

Procent zwycięstw San Marino to 1,30. Oby się nie powiększył po meczu z Polską. Całkiem poważnie teraz, osobiście podziwiam tę reprezentację. W każdym meczu dostają po dupie jak siedmioosobowa drużyna trampkarzy, która gra, bo seniorzy muszą mieć ''zaplecze''. Oni się nie zrażają, przeciwnie, są dumni z gry w kadrze narodowej. Po pracy znajdują jeszcze czas na trening. Może nie mają umiejętności, ale wielkie ambicje i ogromną pasję.

Kto nie przeczytał ten trąba. Wyniku niższego, niż 5-0, nie jestem w stanie przyjąć. Na koniec, dodam jeszcze, że jeśli Polska, nie daj Boże, straci we wtorek punkty, to zrobię zdjęcie pewnej części ciała (tej samej, którą pokazał nam Kuba Kosecki) i ustawimy sobie jako zdjęcie dnia na Podbramkowo. Wielkie dzięki za doczytanie do końca :)

20 marca 2013

Spekulacje kadrowe przed meczem z Ukrainą



  Już niebawem reprezentacji Polski rozegra kolejny mecz eliminacji Mistrzostw Świata. Rywalem biało czerwonych będzie Ukraina, która w tym meczu walczyć będzie o wszystko. Podopieczni trenera Mychajło Fomienki w 3 meczach zdobyli tylko 2 punkty i jeśli teraz przegrają, praktycznie pożegnają się z występem na brazylijskich boiskach. W głowie Waldemara Fornalika siedzi jedna jedyna myśl: Kto wyjdzie w wyjściowej jedenastce? Kogo desygnować do gry, aby nie popełnić błędu? A podobnych pytań przed meczem, jest całkiem sporo.

   Pozwólmy sobie zrobić pewną symulacje, na kogo powinien postawić trener. Zaczynając od bramki, uważam że naturalnym kandydatem numer jeden jest Artur Boruc. W ostatnim czasie niejednokrotnie pokazał, że warto na niego stawiać i choć broni w drużynie, która do angielskich potęg w lidze nie należy, radzi sobie bardzo dobrze. Dziwi mnie tylko powołanie Przemysława Tytonia w miejsce golkipera Arsenalu - Łukasza Fabiańskiego, który zaliczył ostatnio świetny występ w Lidze Mistrzów. Dwóch najlepszych stoperów na dzień dzisiejszy to według mnie Kamil Glik i Piotr Celeban. Wybór defensora Torino po ostatnim meczu z Anglią nikogo nie powinien dziwić, gdzie Polak został okrzyknięty bohaterem narodowym. Celeban z kolei bryluje na boiskach w Rumunii i na grę po prostu zasługuje. Na bokach formacji defensywnej postawił bym na Łukasza Piszczka i Sebastiana Boenischa. Defensor BVB nie jest co prawda w pełni sił, ale jest duża szansa, że wybiegnie na murawę w piątkowy wieczór. Z kolei gracz Leverkusen musi zastąpić nieudolnego i nieskoordynowanego Jakuba Wawrzyniaka. Gracz warszawskiej Legii kompletnie nie zasługuje na grze w kadrze - niedokładne podania, brak pomysłu na grę i generalnie niski poziom sportowy - eliminują go z pierwszej jedenastki.

   Pozostając w klimacie warszawskiej drużyny nie można nie zauważyć Jakuba Koseckiego. Młody pomocnik z pewnością wniósł by świeżość w grę reprezentacji, a jego szybkość i zwinność pomogą w konstruowaniu akcji ofensywnych. Fornalik w ostatnim czasie sprawdzał Mierzejewskiego i Grosickiego, którzy na pewno papiery na grę mają, jednak nie potrafili ostatecznie wykorzystać swojej szansy i pokazać się na miarę swoich możliwości. Środek pola na pewno sprawi duży ból głowy u Waldemara Fornalika. Za kartki pauzuje Eugen Polański, którego ktoś musi zastąpić. Na kogo padnie wybór? Z pary defensywnych pomocników zostaje tylko Grzegorz Krychowiak, natomiast pozycja drugiego to jedna wielka niewiadoma. Osobiście dał bym szansę młodemu Danielowi Łukasikowi lub Arielowi Borysiukowi, ale ostatecznej decyzji się nie podejmę. Prawe skrzydło zarezerwowane jest rzecz jasna dla kapitana reprezentacji - Kuby Błaszczykowskiego. Udowadniać swoich umiejętności zawodnik ten nie musi, pytanie tylko, czy weźmie ciężar na swoje barki  w trudnych momentach i pociągnie całą grę, jak choćby w meczu z Rosją.

    Atak należeć będzie oczywiście do nie kwestionowanego Roberta Lewandowskiego. Tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać, ale futbol to gra zespołowa, wiec sam "Lewy" nic nie zdziała. Ostatnio przeglądając w internecie różne portale, można było się natknąć na nagłówek  "Czy Lewandowski ma z kim grać w reprezentacji?". Moim zdaniem ma, jednak problem tkwi w tym, że jak na razie ani Smuda, ani Fornalik nie są w stanie wykorzystać potencjału napastnika BVB w 100%. Osamotniony w polu karnym, odcięty od podań nic nie jest w stanie zrobić. I tutaj najważniejsze zadanie trenera dotyczące taktyki zespołu, by tak znakomitego napastnika wkomponować w zespól, tworząc jednolity team. Za plecami Lewandowskiego czekać na swoją okazję strzelecką będzie Ludovic Obraniak. Dysponuje świetnym strzałem, ale też dobrym przeglądem pola. Ostatnio przechodził nieco obok gry, dlatego teraz musi bardziej włączać się w akcje ofensywne i wspierać Roberta w szturmach na bramkę Ukrainy
.
  Czy tak będzie wyglądał skład kadry Fornalika w piątkowy wieczór? To według mnie optymalna jedenastka na mecz z Ukrainą, połączenie rutyny z młodością przy pewnych problemach kadrowych. Zobaczymy na jakie zestawienie zdecyduje się selekcjoner Fornalik i kogo desygnuje do gry od pierwszej minuty. Jedno jest pewne, kto by nie zagrał ten mecz musimy wygrać, dlatego mocno trzymajmy kciuki za biało-czerwonych.

08 marca 2013

Boenisch jak w rollercoastrze. Dziś pewny punkt Bayeru, a jeszcze niedawno wyśmiewany, "najgorszy w historii reprezentacji".


Trener Waldemar Fornalik nie ma łatwego losu. Co formacja, to problemy. I tak od początku jego pracy z reprezentacją. Najgorzej jest chyba z obroną. Na dwa tygodnie przed meczem z Ukrainą (22.03) wyłania się jednak jeden pozytyw w tym zakresie: boki defensywy. Łukasz Piszczek to klasa europejska, na niego możemy liczyć od dawna. Ale wreszcie do gry i formy wrócił też Sebastian Boenisch - do niedawna chyba najbardziej wyśmiewany reprezentant naszego kraju ostatnich lat.

Boenisch znalazł się w trudnej sytuacji. Długo wracał po kontuzji. Ponadto gdy był już zdrowy, ale nie wrócił jeszcze do optymalnej formy - niespodziewanie dostał powołanie na Euro 2012 od Franciszka Smudy. Kibice, dziennikarze, eksperci - wszyscy byli zaskoczeni tą decyzją. A chyba najbardziej sam zainteresowany. Ale co zrobić, miał nie przyjąć powołania na taki turniej?

Zaskoczenie z czasem było jeszcze większe, gdyż Boenisch grał na Euro w podstawowym składzie. Sebastian chyba sam czuł, że nie był wtedy w wielkiej formy. Ale miał powiedzieć: "Trenerze, może jednak nie ja? Może niech lepiej Wawrzyniak zagra?" To dość kłopotliwa sytuacja.

Jak go Franz wystawiał, to wypadało grać. Ale niestety narażał się tym samym Boenisch na ostrą krytykę. Zawiódł na Euro, jak większość. Może i walczył, ale dyspozycji nie dało się oszukać. A potem dopiero zaczęło się najgorsze - okienko transferowe. Długo szukał nowego klubu, po tym jak w maju 2012 odrzucił ofertę przedłużenia kontraktu z Werderem Brema. Może to była naiwna decyzja, ostatecznie jak widać nie. Ale ile się przy tym nacierpiał?


Nowy klub znalazł dopiero na początku listopada ubiegłego roku. Nic więc dziwnego, że drwin było co nie miara: że to ostatni piłkarz grający w podstawowej jedenastce na Euro, który nie ma klubu, że to kwintesencja postawy naszej kadry na mistrzostwach, że to dowodzi, jak źle wybrał Smuda itd itd.

Ale udało się, znalazł się wreszcie pracodawca dla Sebastiana. Co prawda, wydawało się, że Boesnich będzie typową "zapchajdziurą", tylko na moment potrzebną Bayerowi Leverkusen. Ale rzeczywistość okazała się odmienna. Zespół z Leverkusen musiał sięgnąć po Polaka z dwóch powodów. Po pierwsze, w tamtym czasie kontuzjowani byli dwaj obrońcy: Michal Kadlec i Daniel Schwaab. Branie gości z rezerw nie miało sensu na dłuższą metę. Po drugie, Boenisch był bezrobotny, więc mimo zamkniętego okienka transferowego, mógł dołączyć do drużyny.
Sebastiana obserwowaliśmy już od dłuższego czasu. Będzie na pewno znaczącym wzmocnieniem drużyny - przekonywał wówczas dyrektor sportowy B04 Rudi Voeller.
Na ile była to kurtuazja, dyplomatyczna zagrywka, a na ile prawdziwe słowa? Chyba sam Voeller nie mógł się spodziewać, że jego wypowiedź znajdzie swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Bo przecież Polak nie grał od miesięcy w piłkę na poważnie, musiał trenować na własny rachunek.

Jak jest dziś? Mamy marzec, a Boenisch stał się podstawowym zawodnikiem Bayeru Leverkusen, który bije się o czołowe lokaty w Bundeslidze. Jest pełnoprawnym graczem, od niego trener Sami Hyypia często rozpoczyna ustawianie składu. Mimo, że obaj wspomniani wcześniej piłkarze (Kadlec i Schwaab) są już zdrowi. Wyjątkowo w ostatni weekend Boesnich cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych. Nasz reprezentant jest wychwalany przed tamtejszych kibiców za pewność w destrukcji i świetne rajdy, niezwykle wzbogacające ataki Bayeru. Nic więc dziwnego, że niedawno Sebastian przedłużył kontrakt z klubem do 30 czerwca 2016. A miał być tylko tymczasowym rozwiązaniem.

Historia Boesnicha przypomina trochę casus Łukasza Piszczka. Niewielu może pamięta, ale gdy przechodził on latem 2010 roku z Herthy Berlin do Dortmundu, praktycznie nikt wówczas nie dawał mu szansę na regularną grę w Borussii. Miał być zmiennikiem dla Patricka Owomoyeli, który posiadał pewną pozycję w zespole od dwóch lat. Jednak na początku sezonu doznał on kontuzji i automatycznie Piszczek musiał wskoczyć za niego do składu. Jurgen Klopp nie miał nawet wyboru.

Kontuzja niemieckiego piłkarza o nigeryjskich korzeniach przedłużała się i przedłużała, a Piszczek grał tylko lepiej i lepiej. I tak oto Łukasz wyrósł na doskonałego bocznego obrońcę i nawet zdrowy Owomoyela nie był już w stanie wygryźć ze składu Polaka.

Wracając do Boenischa, jego sytuacja w Bayerze i forma mogą tylko cieszyć Waldemara Fornalika. Boki defensywy mamy całkiem mocne, bo Piszczek to uznana marka, choć w kadrze nie gra aż tak olśniewająco jak w Borussii. Co jednak nie znaczy, że źle. Ponadto dzięki zwycięstwu mistrza Niemiec nad Szachtarem, nasz obrońca nie podda się jeszcze operacji i stąd będzie mógł zagrać w najbliższych meczach eliminacyjnych. Mając na lewej Piszczak, na prawej Boenischa, możemy liczyć na względny spokój w tych rejonach boiska oraz ciekawe akcje ofensywne z udziałem tych zawodników.

 skrót meczu Polska - Australia i już na początku asysta Boenischa

Pamiętamy bowiem początki Sebastiana w naszej reprezentacji. Zadebiutował we wrześniu 2010 w spotkaniu z Ukrainą, a kilka dni później zagrał bardzo dobre spotkanie przeciwko Australii. Zaliczył świetną asystę przy bramce Lewandowskiego i wszyscy pełni nadziei ogłosili: "Mamy wreszcie klasowego lewego obrońcę". Niestety niedługo potem doznał kontuzji, z którą męczył się przez dłuższy czas. Dziś znów jest w formie, znów zasłużenie znalazł się w drużynie narodowej.

- Myślałem, że jestem twardy i potrafię wytrzymać długą przerwę od piłki, ale bywało tak, że nie byłe już w stanie tego znieść. Jestem młodym zawodnikiem, mam mnóstwo energii, ciągnęło mnie na boisko. I musiałem sobie powtarzać, że nie mogę. Koszmarne uczucie - nie móc robić czegoś, co daje ci radość - wspominał piłkarz w 2011 roku w wywiadzie dla sport.pl

Ostatnie miesiące nie należały do najłatwiejszych, ale dziś Sebastian znów zachwyca. Może trener Tomasz Hajto odwoła nawet swoje słowa o tym, że to jego zdaniem Sebastian Boenisch to najgorszy obrońca w historii reprezentacji Polski.